sobota, 20 grudnia 2014

Ślimaki, żaby i... cała słodycz Francji! + migawki z Paryża


Francja, to coś zupełnie nowego. Sam styl życia Francuzów jest zupełnie inny, niż nasz. Tam ludzie posiłki jadają na mieście, dlatego wieczorami knajpy pękają w szwach. Nie jestem pewna jak dokładnie to godzinowo wygląda, ale w przedziale 14-18 bardzo trudno znaleźć otwarte restauracje (chyba że trafiliśmy na wyjątkowo dziwną okolicę). Francuzi w pracy jedzą lunch, a potem z przyjaciółmi czy rodziną fetują około 19-21. Jak dla mnie to za późna pora i zbyt wiele dań do skonsumowania. Natomiast podobało mi się bardzo to, że w restauracjach do posiłków zawsze dostaje się za darmo tapwater - wodę z kranu i koszyk bagietek.

Mieliśmy wyższy cel wyjazdowy - spróbować WSZYSTKIEGO, co francuskie. Chyba się udało... były żabie udka, ślimaki, foie gras (najgorsze!), pyszne wina, crème brûlée, jadalne kasztany, naleśniki z kremem z kasztanów, brioche, bagietki, makaroniki... Mimo wpadki z foie gras uważam, że Francja jest pyszna! Chcecie poznać te wspaniałości? To zapraszam do obejrzenia fotorelacji!

wtorek, 16 grudnia 2014

Paris is always a good idea!




Wymarzyłam sobie romantyczny Paryż przysypany śniegiem idealny na podróż przedślubną. Taki wiecie... serialowy, piękny, pełen świateł, drogich restauracji, papierowych toreb ze znanymi markami, pięknych par chodzących po ulicach. Chciałam trochę pouczestniczyć w tej pięknej bańce mydlanej, bo poprzednią podróż do Paryża wspominam bardzo źle. Chciałam sobie odczarować Paryż. Tym razem miałam dużo szczęścia i Niego obok. Było wszystko.

Paryż był pięknym, nieoczekiwanie spełnionym marzeniem. Nie planowaliśmy go wcale. Stwierdziliśmy, że nie mieliśmy żadnych wakacji w tym roku i że pasowałoby się gdzieś wyrwać. Na początku grudnia było sporo tanich lotów do Beauvais. Niewiele myśląc kupiliśmy bilety - w obie strony zapłaciliśmy ok 170 zł/os., chociaż można znaleźć i takie za 84 zł w dwie strony. Udało się zdobyć urlop, a nawet okazało się, że mamy się u kogo zatrzymać w Paryżu na te kilka dni. Wiedzieliśmy, że najdrożej wyjdzie nas transport z lotniska do miasta - ten port lotniczy jest położony ponad 80 km na północ od Paryża. No i jedzenie... nie zamierzaliśmy na nim oszczędzać :)

Chcecie obejrzeć kilka migawek z Paryża? To zapraszam na spacer!


niedziela, 14 grudnia 2014

Kobiecość ma "dłonie górnika" - rozwiązanie konkursu



Dziękuję za wszystkie odpowiedzi, które do mnie przysłałyście. Dostarczyłyście mi wielu tematów do przemyśleń, zwątpień, stwierdzeń. Cieszę się, że tak wiele z Was się podzieliło swoim spojrzeniem i przepisem na kobiecość. Myślę, że wiele możemy się nauczyć od siebie nawzajem.

Książkę dostanie Alicja. Poruszyła ona temat kobiecości w ogóle - czym ona dla niej jest i w których aspektach się objawia.

/pisownia oryginalna/
Całą historię muszę zacząć od tego, że według ogólnie przyjętego kanonu kobiecości nigdy nie byłam kobieca. Nie malowałam się, chodziłam w przydługich, flanelowych koszulach, a gdyby nie kolor byłabym posiadaczką włosów identycznych do tych  „Meridy walecznej”.  Co wcale nie znaczy, że o siebie nie dbałam! Jak na licealistkę to jadałam nadzwyczaj zdrowo, trenowałam w sekcji pływackiej, starałam się nie zarywać nocy na uczeniu, imprezach, przeglądaniu Internetu. Ale jednak w oczach innych „prawdziwe kobiety” ( swoją drogą mówienie o „prawdziwości kobiet” jest jakąś piramidalną bzdurą bo czy istnieją jakiechś nieprawdziwe?) a więc, „prawdziwe kobiety” muszą chodzić w szpilkach (najlepiej od Louboutina), obcisłym kostiumie i obowiązkowo czerwone usta. Nawet jeśli jakiejś kobiecie EWIDENTNIE nie pasuje ten kolor to musi w go zainwestować  bo przecież nie byłaby kobietą, gdyby tego nie zrobiła! Teraz przesadzam, ale tak to trochę wygląda. Ale wracając do liceum- kumplowałam się wtedy głównie z chłopakami, nie byłam otoczona wianuszkiem przyjaciółek, które wymieniały się lakierami, a ich ulubionym zajęciem było przeglądanie katalogu z Avona. Nie, ja miałam swoje gry, swoje książki, a perspektywa wstawania godzinę wcześniej tylko po to, żeby się pomalować, była dla mnie śmieszna. No ale nie zmienia to faktu, że ślepo podążając za poglądami innych takie właśnie dziewczyny uważałam za kobiece.
Dopiero teraz widzę jak bardzo się myliłam. Bo na drugim roku studiów przeżyłam w tym temacie katharsis. Moja siedmioletnia sąsiadka zachorowała- nic poważnego, ale musiała zostać przez tydzień w szpitalu. Przyszłam ją odwiedzić raz, drugi, aż  z racji tego, że jej mama  nie mogła dostać wolnego,  sama wychowywała córkę i musiała jakoś utrzymywać rodzinę, zaoferowałam się, że na zmianę z jej babcią będę ją odwiedzała. I szczególnie zapadła mi w pamięci pewna kobieta, która była mamą innej dziewczynki leżącej na oddziale. 
Na oko miała ze czterdzieści  lat. Średnio ubrana, z poplątanymi włosami i „dłońmi górnika”. Jestem pewna, że żaden zdrowy na umyśle facet by się za nią nie obejrzał. Ale ona miała w sobie „to coś”. Mówiła jakby pisała wiersze- melodyjnie i z taką…no jakby to nazwać….mądrością? Tak, to dobre słowo. Obie czasem nie miałyśmy nic do roboty, kiedy dziewczynki szły do świetlicy na przykład. I wtedy rozmawiałyśmy. Mimo dzielącej nas różnicy wieku rozmowa zawsze się kleiła. Okazało się, że kobieta ta była niesamowicie mądra życiowo. Miała w sobie klasę, wdzięk, olbrzymią siłę, energię. Kiedy się uśmiechała to tak ciepło, mimo zmarszczek wokół oczu widać było jej piękno, które- może to zabrzmi banalnie- wynikało ze środka. Była niesamowicie pogodną osobą, optymistką wierzącą w ludzi i prawdziwą miłość jak z bajki. Do tego miała tyle zainteresowań- grała na fortepianie, zdobywała kolejne górskie szczyty, robiła własnoręcznie biżuterię. Do teraz zastanawiam się jak znajdowała na to wszystko czas. No ale kiedy nasze „córki” wyszły ze szpitala, nie widywałyśmy się. 

niedziela, 30 listopada 2014

Zgarnij książkę i ciesz się ze mną z 1 rocznicy bloga!


Jak już chwaliłam się Wam na Facebooku - mój blog skończył rok.  Cieszę się jak dziecko, mimo że ostatnio nie mam zbyt wiele czasu, żeby zadbać o ten mój zakątek sieci. To pierwszy blog, którego udało mi się (mniej lub bardziej) systematycznie prowadzić przez tak długi czas. Dla mnie długi, bo wcześniej często się zniechęcałam, stwierdzając, że przestałam czuć to miejsce. Tutaj ciągle jestem u siebie. I to tylko z jednego powodu - bo udało mi się tutaj przyciągnąć WAS! :) 

Tych, którzy czytają i zostawiają ślad w postaci komentarza. Poznaję Was z nicka, avatara, czasem imienia i twarzy. Dzięki temu wstępuję do Was i poznaję trochę Waszego świata. Sprawdzam co lubicie, ile mamy wspólnego, co dla Was jest ważne, ciekawe... A potem wstępuję znów i sprawdzam "co słychać" jak u starych dobrych znajomych. Nawet jeśli rzadko pozostawiam komentarze to podglądam i śledzę, dzięki Wam znalazłam tyle perełek, że moja lista śledzonych blogów pęka w szwach!

Tych, którzy komentują pod nazwą Anonimowy - nie wiem czy często się to zdarza, ale u mnie Anonimowi, to nie bezkarni hejterzy, którzy boją się podpisać prawdziwym nickiem... tylko dziewczyny, które chcą pozostać anonimowe i które dzielą się swoimi historiami. Wiele z nich mnie bardzo poruszyło, dziękuję, że napisałyście o tym, co Was boli. Dzięki temu widzę, że jesteśmy bardzo różne, mamy inny bagaż doświadczeń i historię, ale chcemy dokładne tego samego.

Tych niekomentujących, ale czytających. Wiem, że jesteście, bo widzę Was. Fajnie, że tutaj zaglądacie, mam nadzieję, że nie przestaniecie się tutaj pojawiać, mimo że posty pojawiają się bardzo rzadko. Nie musicie wcale dawać znaku życia, wiedzcie, że o Was wiem i że bardzo mnie cieszycie!

Te osoby, które piszą do mnie e-maile. Czasami takie, które rozwalają mi dzień i powodują, że nie umiem myśleć o niczym innym... Zawsze myślałam, że trudno się "zebrać", żeby napisać do autora bloga e-maila. Nic bardziej mylnego - dostaję od Was bardzo osobiste wiadomości, nawet w czasie, kiedy nie pojawiają się żadne nowe posty. Zawsze staram odpisać i podziękować, bo ciągle trudno mi uwierzyć, że jakaś osoba mieszkająca w Gdańsku czy na Wyspach - chce mi się wygadać albo powiedzieć, że dzięki mnie coś zrozumiała. Nigdy mnie to nie przestanie zaskakiwać.

1 ROK!
  • 73 opublikowane posty
  • 1257 komentarzy!
  • 288 "Lubię to!" na Facebooku
  • 53 followersów na Instagramie
  • 300 obserwatorów
  • najwięcej wyświetleń i komentarzy miał wpis "Mój facet mnie nie szanuje!"
  • najwięcej Was jest z Polski, potem USA, Francji i Wielkiej Brytanii
  • na blogu ciągle ukazują się wpisy z cyklu "W poszukiwaniu kobiecości"
  • przez ten czas dużo się u mnie zmieniło - na lepsze! Mam nadzieję, że u Was również!

Dziękuję, że jesteście i że ciągle tutaj wpadacie mimo dramatycznej częstotliwości dodawania nowych postów. Bardzo mnie cieszycie!

Dlatego chciałabym Was zaprosić do małej zabawy - konkursu. Zastanawiałam się jaka rzecz byłaby czymś, co pasowałoby do charakteru bloga i padło na książkę Cameron Diaz "Ja, Kobieta. Jak pokochać i zrozumieć swoje ciało?". Wiem, że większość z Was poszukuje swojej kobiecości, pewności siebie, ma problemy z akceptacją siebie w stu procentach, jest niepewna i nawet nie wie jaka siła w niej drzemie :) My wszystkie takie jesteśmy. Niepewne, ale możemy przenosić góry.  Mam nadzieję, że w zrozumieniu tego pomoże którejś z Was ta książka!

Na okładce jest kilka słów od Cameron:
"Chcę, żebyś znała siebie, swoją siłę.
Chcę, żebyś była najsilniejszą,
najzdolniejszą, najbardziej pewną 
siebie kobietą, jaką możesz być".
I ja się w pełni pod tym podpisuję.

Zasady konkursu są proste:

1. Odpowiedz na pytanie (już nie takie łatwe): 
W czym tkwi siła Twojej kobiecości i jak ją wyzwalasz/chcesz wyzwolić?
Wygrywa odpowiedź, która mnie najbardziej porwie.
2. Napisz odpowiedź na maila czasienieuciekaj@gmail.com,
odpowiedzi w komentarzach nie będą brały udziału w konkursie
3. W konkursie można wziąć udział tylko raz
4. Odpowiedź, która wygra, będzie opublikowana na blogu
5. Na odpowiedź masz czas od dzisiaj (30.11.2014) do 23:59 7.12.2014


Zanim weźmiesz udział w konkursie przeczytaj regulamin.

wtorek, 11 listopada 2014

Filmy o miłości, które zaskakują


Nie należę do osób, które uwielbiają komedie romantyczne i melodramaty. Większość z nich jest dla mnie taka sama - podobne wątki, ci sami aktorzy i te same utarte schematy, które wiadomo jak się zakończą. Zazwyczaj się na nich wzruszę, ale potem potraktuję je szkolną pamięcią i po miesiącu nie będę pamiętała, że cokolwiek oglądałam... a kiedy przypadkiem natrafię na nie później w telewizji, przypomnę sobie, że "coś gdzieś było", ale bez jakiegoś szczególnego żalu... 

... ale zdarzają się też takie filmy, które mimo gatunku "komedia romantyczna" czy "melodramat" - trzymają długo! Zazwyczaj musiały wycisnąć ze mnie wiadro łez, sprawić, że nie przespałam pół nocy, tylko myślałam o ich bohaterach, albo czułam autentyczną zgryzotę, że "tak się skończyło".

Mam nadzieję, że moje propozycje przydadzą się Wam w obliczu nadchodzącej zimy i długich wieczorów idealnych na miłe seanse filmowe. Nie wiem jak Wy, ale ja jesienią i zimą chętniej spędzam czas nad filmami, niż w innych porach roku. Wtedy też nadrabiam filmowe zaległości i robię listy filmów do obejrzenia.

Nie chcę streszczać tych filmów, bo od takich opisów są odpowiednie portale... Skupię się na elementach, które mnie ruszyły i porwały. Mam nadzieję, że obejdzie się bez spojlerów. Chciałam Wam polecić filmy, które odstają od sztampowego przepisu na komedię romantyczną albo poruszają/wzruszają/czarują tak, że można przymknąć oko na ślady kiczu przemykające pomiędzy scenami.

Więc jeśli chcecie się dowiedzieć czy wierzę w przyjaźń damsko-męską nie kończącą się w łóżku; w jakim filmie znajdziemy pięknego-brzydkiego brodacza, który skradł moje serce; w którym filmie Ryan Gosling programista przemawia do mnie najbardziej, gdzie można zobaczyć najsłodszy występ karaoke; gdzie znalazłam najwierniejszą kalkę siebie i czy można się zakochać w komputerze, to zapraszam!

Będzie mi również miło jak zerkniecie od czasu do czasu na mojego facebooka i Instagram ;) powoli się rozkręcam (ooo, jak miło - po roku istnieniu bloga! - TAK! Niedługo rocznica bloga - obiecuję, że przygotuję dla Was coś super!).

sobota, 25 października 2014

Wystrojona czuję się źle


Bardzo trudno przekonać mnie do tego, bym pomalowała na czerwono usta. Tak samo trudno, jak do tego, żebym ubrała do trencza czarną fedorę. I do tego, żebym do krótkiej spódnicy i czarnych rajstop w kropki ubrała zakolanówki. Już nie mówiąc o wysokich szpilkach... Kiedy jestem wystrojona, czuję się przebrana i nie podoba mi się oceniający wzrok innych. A kiedyś było zupełnie inaczej...

Mieszkając w Krakowie, mieście uniwersyteckim, po ulicach wędrują setki studentek, zwłaszcza w okolicach centrum. Są piękne, zadbane, codziennie bezbłędnie "zrobione". Kiedy studiowałam, też taka byłam. Miałam czas na chodzenie po sklepach i buszowanie po lumpeksach, na wstanie rano i staranny make-up oraz na przemyślenie tego, co będę miała dziś na sobie. Cieszyły mnie zainteresowane spojrzenia kolegów i komplementy, że ładnie wyglądam.

Teraz moja garderoba przeszła diametralną zmianę. Wszystkie sukienki, w których chodziłam nagle zaczęły być "za krótkie", bluzki "zbyt wydekoltowane", a inne ubrania - niepoważne. Przed wyjściem do pracy zawsze próbowałam znaleźć coś arcygrzecznego i zazwyczaj ciągle coś było nie tak. Nawet czerwone paznokcie przestały pasować do czegokolwiek, bo były zbyt krzykliwe. Nakupiłam sobie koszul i spódnic do kolan, grzecznych basicowych sukienek, prostych czółenek i kilka marynarek. To było absolutnie irracjonalne, bo nie pracuję w korpo, tylko w agencji reklamowej, gdzie ludzie chodzą w tenisówkach, klapkach i potarganych jeansach. Dlaczego? Chciałam, żeby mój strój stał się bezbarwny, żeby nie brał udziału w ocenianiu mnie. Żebym nie była wyzywająca, krzykliwa, stara malutka, wyuzdana, wyzwolona, przebrana, kokietująca, staromodna, rozchełstana, lepsza niż inni, hipsterska, seksowna, nie na czasie, obciachowa, wieś śpiewa i tańczy, nowobogacka. Nie chciałam słuchać uwag "Dokąd tak idziesz ubrana, masz randkę?", "Ale się odstrzeliłaś..." i musieć się tłumaczyć z tego, że po prostu miałam rano ochotę ładnie wyglądać. Na spotkaniach z klientami chciałam być w stu procentach bezbarwna, na tyle, żeby wszyscy widzieli tylko to, co mam do powiedzenia. Żeby nikt nie pomyślał, że tym jak jestem "zrobiona" rekompensuję sobie pustkę w głowie albo brak profesjonalizmu.

Kilka razy usłyszałam gorzko wyrzucone słowa, że "ładnym wszystko się udaje", które irracjonalnie były kierowane w moją stronę. Dlatego zrezygnowałam ze strojenia się, podkreślania urody, żeby wszyscy widzieli prawdziwą mnie. Nie podrasowaną szminką, wyższą kilkanaście centymetrów, ze sztuczną pewnością siebie, którą dał mi gwizd na ulicy.

I niby wszystko jest w porządku, ale kiedy widzę koleżanki, które mimo pracy ciągle się stroją, mają zawsze wymalowane paznokcie, nienaganny make-up, ładną fryzurę - w jakiś sposób zazdroszczę. Zmianę tłumaczę brakiem czasu. Tym, że na makijaż mam czas w autobusie, a poranny wybór outfitu jest mega bezpieczny, żeby nie popełnić gafy - spodnie + koszula i mega praktyczny. Samograj, tego nie da się zepsuć. Czuję, że nie tędy powinna iść moja droga.

Będąc na wycieczkach górskich czy na festiwalach też zawsze czułam dziwny wyrzut sumienia, kiedy zabiorę ze sobą zbyt eleganckie ubranie. Bo już widziałam spojrzenia innych typu: "A gdzie ona się wybiera? Na Tarnicę czy do Starbucksa?". Kupiłam kilka bezbarwnych sportowych koszulek i spodni trekkingowych, a potem irytowało mnie to, że nawet nie miałam wyjściowego ubrania do kościoła, bo chciałam być aż tak "sportowa".

Że jednak dużo tracę, będąc bezbarwną i powinnam bardziej podkreślić swoją kobiecość. Nie tylko ołówkowymi spódnicami i czółenkami, ale również mocniej pomalowanym okiem i szminką, kiedy mam na to ochotę. Powinnam przestać odczuwać potrzebę tłumaczenia się z tego, że raz wyglądam lepiej, a raz gorzej. Zacząć nosić biżuterię, a włosy znów zapleść w luźny warkocz, a nie ścisły kok. Wiele się zmieniło, ale powinno się pozostać sobą. 

Świat się nie zawali od tego, że przyjdę do pracy w sukience w kwiatki.

Moda to dla mnie bardzo zagadkowy temat, bardzo często czuję, że mój ubiór jest nieodpowiedni do sytuacji. Mimo że oglądam wiele blogów na YT, oglądam lookbooki, podglądam szafiarki, kupuję rzeczy z sieciówek, poszukuję w lumpeksach... nie wydaje mi się, żeby to wszystko układało się w jedną spójną całość. Moda trochę mnie gubi i przerasta. Bo nie umiem znaleźć "złotego środka". Czy może któraś z Was ma również taki problem? A może macie miejsca, gdzie mogłabym zasięgnąć rady (blogi, vlogi, książki)?

sobota, 18 października 2014

(...) na Powstanie wyszłam jak na bal!



Mam jedną taką sukienkę w kwiaty, którą kiedyś wygrzebałam w lumpeksie za dziesięć złotych. Przy dekolcie ma koronkę i drobny guziczek pod szyją. Kiedy ubieram do niej czarne, kryjące rajstopy i staromodne czółenka, a włosy zaplatam w warkocz - czuję się jak Lena z "Czasu Honoru". Nie wiem czy oglądacie ten serial, ale zawsze z zachwytem patrzyłam na stroje i fryzury występujących w nim kobiet - są niesamowicie kobiece, nienachalne, eleganckie. Czarowały mnie, choć wiedziałam, że to piękna fikcja wymyślona na potrzeby filmu, a w czasach wojny chodziło się w przypadkowych łachmanach, które udało się gdzieś zdobyć. Wydawało mi się, że słowo "moda" w tak ekstremalnych okolicznościach przestaje istnieć i jest zarezerwowana tylko dla czasu pokoju. 

Jakie było moje zaskoczenie kiedy i w Fabryce Schindlera, i w Muzeum Powstania Warszawskiego zobaczyłam zdjęcia prawdziwych kobiet przeżywających wojnę - pięknych, uśmiechniętych, w chustkach i w sukienkach. Dotychczas postrzegałam czas wojny całkowicie po męsku - jako niekończącą się lawinę bomb, strzałów z karabinów, walki na froncie, bohaterów, potyczek... a przecież poza tym wszystkim istniał "normalny" świat. Świat kobiet, które czekały, martwiły się, próbowały znaleźć coś do jedzenia, zaopiekować się dziećmi... ale również kobiet, które dorastały, rodziły, stroiły się, starały się modą odwrócić uwagę od strasznej codzienności, chodziły do kina, spotykały się z przyjaciółkami. Kobiet, które mimo wojny były zupełnie takie jak my - wypatrywały oczy za chłopcami, chodziły na spacery, układały włosy i starały się wyglądać pięknie, mimo trudnych warunków, które panowały dookoła.

niedziela, 28 września 2014

Zawsze chciałam mieć 30 lat




Wiele nasłuchałam się o momencie przekraczania tej magicznej trzydziestki. Że już zaczyna się starość, trzeba zacząć być poważnym i ogarniętym życiowo, coś bezpowrotnie przepada, a ty już nie jesteś tym człowiekiem, którym byłeś przed tą okrągłą rocznicą. Budzisz się i wiesz wszystko. A ja Wam powiem coś bardzo dziwnego. Chyba od bycia nastolatką nie mogłam się doczekać swojej trzydziestki...

To bardzo niepopularne, co teraz napiszę, ale tak było i jest. Do trzydziestki brakuje mi jeszcze kilka dobrych lat i wcale nie czuję się przytłoczona upływającym czasem. Może zdarzy się moment, kiedy w drogerii odłożę kosmetyk Under Twenty, bo to przecież nie mój przedział, poszukam kremu powyżej 25 roku życia albo odwieszę zwiewną sukienkę w kwiatki, kiedy dojdę do wniosku, że do pracy na spotkanie z klientem już nie wypada się tak ubrać... ale ciągle czekam na tą trzydziestkę. 

Odkąd byłam nastolatką lubiłam oglądać w telewizji model spełnionej kobiety trzydziestoletniej, zwłaszcza, że w moim otoczeniu i rodzinie widziałam dokładnie takie same kobiety. Zadbane, posiadające dobrą pracę, podróżujące, zakładające rodzinę. Czas przed trzydziestką był przeznaczony na ułożenie sobie wszystkiego - zdobycie wykształcenia, pracy, męża. 

Trzydziestka jawiła mi się (i jawi się nadal!) jako moment stabilizacji

niedziela, 21 września 2014

Tak bardzo wszystko




Dzieje się teraz wiele. Zbyt wiele, biorąc pod uwagę mój strach przed jakimikolwiek poplątanymi zmianami. Boję się ich za każdym razem, bo drżę, przeklęcie martwiąc się na zapas o rzeczy, które nigdy nie nastąpią. Tak neurotycznie i po kobiecemu nie chcę dopuścić do siebie myśli, że nadchodzi czas przyjemnej stagnacji, za którą tak długo tęskniłam. Że to już, że to teraz. Teraz spełniają się marzenia, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Tak wiele mam, a jeszcze więcej pragnę. U mnie najpierw nadchodzi zmiana, potem dopiero szczęście – dopiero później ono rośnie i rośnie, a ja nie rozumiem siebie sprzed kilku dni.

Pamiętam zdjęcia ze ślubu mojej babci oraz jej opowieści – jak bardzo płakała, kiedy wychodziła za mąż. Kiedyś nie rozumiałam tego, ale teraz wiem o co chodzi i jestem pewna, że ja będę płakać tak samo mocno. Z obawy przed poczuciem straty, które najprawdopodobniej nie nadejdzie. Z obawy przed zmianą i końcem, po którym będę najszczęśliwsza.

Marzy mi się wiele niekończących się chwil razem. Momentów wiary, że to, co jest między nami, jest jedyne i niepowtarzalne - jak u nikogo innego na świecie. Gorzkiej kawy o poranku i grubej książki przy nocnej lampce. Niezliczonych kilometrów górskich wędrówek, kochanych Bieszczad, cichych kawiarenek, uścisków dłoni, szybkich śniadań i leniwych sobót. Smutnych uśmiechów na pożegnanie i powrotów, które wiem, że nastąpią niebawem. Policzków, które bolą od śmiechu, oczu które płaczą tylko z radości. I tej cholernej pewności, że nie ma innego miejsca na świecie, w którym wolałabym być.

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozważania o małżeństwie - czy jest szansa na bycie szczęśliwym po ślubie?




Różnie bywa, ale często zdarza się, że stronimy od towarzystwa par. Bo albo to to lepkie, albo skłócone. Zajęte sobą, widzące tylko swoje problemy, wyrzucające z siebie pretensje, piorące swoje brudy publicznie, albo rozmawiające w kółko o tym jak będzie wyglądał ich ślub. Często osoby już po tym ślubie mają wrażenie, że to oni wiedzą więcej o życiu, a my "zobaczymy po ślubie" jak to jest naprawdę. Inne natomiast ciumkają i wprowadzają atmosferę zażenowania, bo przecie w knajpie przy piwie i tuzinie znajomych trzeba pokazać jak ognistymi uczuciami się darzą nawzajem.

Znacie takie pary? Pewnie tak...
Związki to ogólnie śliska materia, bo każdy ma inne wyobrażenie na ich temat, a w życie innych nie pasuje się wtrącać. Przy okazji tego tematu warto się zastanowić, jak nas widzą nasi przyjaciele... Bo może być tak jak wcześniej pisałam, albo zgoła inaczej...

niedziela, 10 sierpnia 2014

(Samo)rozwój wstrzymany


Nie wiem czy też tak macie, ale często zachłystuję się nowymi rzeczami. Coś mnie łapie na haczyk, ja daję się ciągnąć i w końcu przepadam. Tak też było z samorozwojem, wytyczaniem celów, dążeniem do nich, monitorowaniem postępów i tą świadomością, że przecież mogę wszystko. Możecie to nazwać słomianym zapałem, lenistwem albo zmęczeniem materiału - jakkolwiek - w pewnym momencie rzuciłam tym. Wszystkie listy to-do poszły w odstawkę, bo wydały mi się głupie. Bo przecież mogę realizować cele, które wcale nie są wypisane na kartce, mogę być szczęśliwa bez sztucznych wyznaczników, a tak w ogóle, to chyba świat ogarnęła jakaś samorozwojowa choroba. 

CHWILA SZCZEROŚCI
Nie chciałam w tym brać udziału, bo wydało mi się to sztuczne i nadmuchane. Przecież ile razy miałam w dłoniach książki, super poradniki, będące amerykańskimi bestsellerami, a nie wniosły one do mojego życia ani krzty motywacji i zmiany. Wydawały się być napisane na miarę realiów za wielką wodą, a nie tych tutaj - w Polsce. Przyszedł czas gorzkiej refleksji pt. w ogóle po co mi to? Dlatego też na blogu pojawiało się coraz mniej postów, bo chcąc nie chcąc - od samego początku uderzałam w te bardziej motywacyjne tematy. Więc jak miałam pisać jakieś sztuczne, pseudo-mądre słowa, w które sama nie wierzyłam? Nie przestałam odwiedzać Waszych blogów, w których pisałyście: jak żyć?, ale nic nie robiłam z tym, co przeczytałam. Wzięłam też udział w szkoleniu i sesjo coachingowej w pracy, która spłynęła po mnie jak po kaczce. Chwilami czułam, jakby ktoś mnie chciał oszukać, przekonać do jakiejś obcej religii. Bo wszystko brzmiało pięknie, ale wyglądało na podszyte podstępem.

Szczerze mówiąc poczułam się wolna. Bez świadomości, że MUSZĘ uczyć się angielskiego, grafiki, poszerzać wiedzę związaną z moją pracą, martwić się czy na blogu pojawią się jakieś nowe treści, jeść zdrowo, ćwiczyć i chodzić systematycznie na treningi. Nic nie musiałam - wrzuciłam na luz. Mimo tego, że odeszło mi wiele aktywności, wyrzuciłam telewizor z pokoju, odpuszczałam treningi i najwyżej ceniłam mój wolny czas - nie miałam go. Ot, taki głupi paradoks czasu. Nawet jeśli pojawiał się wolny wieczór, traciłam go na zakupach albo "internetach". Urosła dzika góra książek, które czekały na przeczytanie. Powstała sterta niezałatwionych spraw i papierów czekających na posegregowanie. 

Czuję, że przez ostatnie miesiące zatrzymałam się w rozwoju. 

środa, 23 lipca 2014

Proza





W lipcu nie napisałam Wam ani słowa.

W ciągu dnia mam niecałą godzinę dla siebie. Robię wtedy zieloną herbatę o smaku wiśni, rozkładam na łóżku i otwieram laptopa. Puszczam ulubioną piosenkę i mój mózg ma wrażenie, że zaczynam się relaksować. Zaraz potem zaczynam myśleć o wszystkim czego nie zrobiłam/co powinnam zrobić/o czym zapomniałam/o tym, że już północ i trzeba iść spać. Staram się z całych sił, żeby praca mi w niczym nie przeszkadzała, ale jednak brutalne starcie z rzeczywistością boli. Nie boli to, że skończyły się studia, że skończyły się beztroskie imprezy, nie boli to, że trzeba 8h siedzieć w pracy, nie boli to, że trzeba wykonywać polecenia managerów... najbardziej boli to, że trzeba KOMBINOWAĆ. Czuję się trochę jakbym ciągle układała układankę przestrzenną. Cały czas wierzę w to, że uda się wszystko dopasować, żeby wszyscy byli szczęśliwi... ale czasem się nie da. Kwadratowego klocka nie przeciśniesz przez okrągły otwór. Tak samo jak nie wydłużysz doby do 26 godzin...

Najbardziej boli mnie to, że ciągle muszę z czegoś rezygnować. To pomaga w odnalezieniu priorytetów, ale frustruje, bo uzmysławia, że zrobienie wszystkiego jest niemożliwe

To zabawne, że w momencie, kiedy jestem najszczęśliwsza i osiągnęłam największą dotychczas stabilizację w życiu, zaczęło gnać jak szalone... Wychodzimy z bańki, witaj świecie! :)


wtorek, 24 czerwca 2014

Robotny bezrobotny - jak zrobić dobre wrażenie na rozmowie kwalifikacyjnej?

Wiecie co? Chyba nigdy nie trafiłam na post na blogach rozwojowych, który dotyczyłby bezrobocia. No pewnie, nikt nie chce się tym chwalić, bo to nie pasuje do sałatki z rukolą na śniadanie i biletów do teatru na sobotni wieczór. Nikt się tym nie chwali, subtelnie omija temat, próbuje się skupić na wszystkich innych rzeczach, które odwrócą uwagę od tego, że cały dzień siedzi w domu i nie robi nic. To znaczy nie "nic", bo przecież wysyła setki CV, które pozostają bez odpowiedzi. Nie piszę tego z goryczą, ale wiem o co chodzi, bo też mnie to spotkało. Nikomu nie polecam. A co najgorsze... może spotkać praktycznie każdego.


W Polsce stopa bezrobocia wynosi 13,5%, ale bezrobotny bezrobotnemu nierówny. Mówiąc o osobach bezrobotnych często oczyma wyobraźni widzimy ludzi, którzy są leniwi i nie chcą pracować. Nie zawsze tak jest, ale bycie bezrobotnym rzuca się na głowę. Najgorsze w byciu osobą bezrobotną jest to, że zaczyna się myśleć, że z nią jest coś nie tak. I choćby miała milion chęci, to słysząc, że jest niezaradna życiowo, leniwa, niewyuczona... nie ma rady. Prędzej czy później, przyjdzie dół. To jaki będzie in głęboki zależy tylko od nas.

Proces poszukiwania pracy, to niekończące się pasmo porażek. Ma pani za małe doświadczenie. Jest pani zbyt dobrze przygotowana. A czy zamierza pani zakładać rodzinę w najbliższym czasie? A dlaczego pani nie pracowała przez ostatni rok? A czemu pani pracowała w poprzednim miejscu tylko trzy miesiące? Dziękuję, oddzwonimy...i tak w kółko.

JAK DŁUGO JESZCZE?
Według danych GUSu przeciętny okres poszukiwania pracy w Polsce wynosił 11 miesięcy ("Jakiego koloru jest twój spadochron" Bolles)... i tak teraz policzyłam ile ja szukałam pracy. Wyszło dokładnie 10 miesięcy od obrony do znalezienia stałej pracy.

Moi rodzice nie rozumieli tego, że można nie mieć pracy tak od razu. Oni kiedy skończyli szkołę, poszli do zakładu pracy, podpisali umowę i są w nim do dziś. Nie do pojęcia było dla nich, że na jedno stanowisko jest dziesięciu kandydatów oraz że nawet przed pracą w sklepie musisz rozwiązać test językowy. Że rozmowy kwalifikacyjne trwają po godzinie, są wieloetapowe, a czasem zawierają konfrontację z konkurentami. 

Jeśli Cię to spotkało, to przede wszystkim musisz sobie uświadomić, że to tylko chwilowe. Musisz dołożyć wszelkich starań, żeby znaleźć pracę, ale NIE MOŻESZ stracić tego czasu. Bycie na bezrobociu to jedyny taki czas, kiedy możesz (paradoksalnie) spokojnie się rozwijać. Staraj się chodzić spać i wstawać o normalnych godzinach, nie oglądaj kwejków do 2 w nocy, ani nie śpij do południa. Nie chodź cały dzień w pidżamie... bo skapcaniejesz. Masz wyjątkowy czas na naukę języków/kursy internetowe/kursy z UP (haha!)/szukanie dotacji/szukanie pomysłów na siebie/czytanie książek. Oczywiście, że są chwile, kiedy chcesz się zwinąć w kłębek i ryczeć... pozwól sobie na to, ale tylko raz. No, może dwa... ale nie więcej. Przecież musisz działać. Jeśli będziesz bezrobotny, ale proaktywny - będzie Ci lepiej. Będziesz miał świadomość, że inwestujesz w siebie (jeśli nie pieniądze, bo ich najprawdopodobniej nie masz... ale wysiłek) oraz że nie stoisz w miejscu. Jeśli nie będziesz robił nic poza wysyłaniem 3 CV dziennie, to nawet jeśli na początku będzie w porządku, później złapiesz takiego kaca moralnego, że możesz się nie podnieść... To chyba jedyne wyjście i lekarstwo na bezrobocie.

Bo to czy znajdziesz pracę zależy w dużej mierze od Ciebie, ale również od kapryśnych rekruterów. Nie zajmuję się rekrutowaniem pracowników, ale rozmawiałam z kilkoma prezesami różnych organizacji, szefami, kolegami w biurze, w innych miejscach pracy... którzy poopowiadali mi ciekawe rzeczy. Oczywiście to, co napiszę poniżej jest bardzo subiektywne i nigdy nie wiadomo na kogo traficie. Jednak lepiej to wiedzieć, żeby na rozmowie kwalifikacyjnej wypaść najlepiej jak się tylko da.

niedziela, 22 czerwca 2014

Szlachta nie pracuje! Czyli jak wyglądały moje poszukiwania pracy...?

W moich zakładkach ciągle widnieją linki do ofert, na które odpowiedziałam, wysyłając moje CV, a to już mija trzeci miesiąc w mojej pracy. Wysyłałam je wszędzie. Dałabym się pokroić za darmowy staż, żeby tylko wyrwać się z domu i w końcu zacząć zdobywać doświadczenie!

Muszę się przyznać, że wysyłając to decydujące CV byłam pewna, że mnie nie przyjmą. Ale po roku niby to szukania, niby to obijania, postanowiłam sobie: dość tego - w ciągu miesiąca znajdę pracę! Kiedy wyobrażałam sobie siebie w mojej pracy marzeń, gdzieś w agencji reklamy, realizującą projekty znanych firm, wiedziałam, że te marzenia są zbyt śmiałe. Po wybraniu straszliwie nieprzyszłościowych studiów, dopiero na V roku ktoś powiedział, że w tym zawodzie praca na etat jest niemożliwa, a ja naiwna dopiero wtedy się zorientowałam, że tak naprawdę jest i że nie ma co liczyć na swoje biureczko i krzesło obrotowe, przerwy kawowe, ani na popracowe spotkania integracyjne przy piwie.
Chciałam więc cokolwiek, byle by było z tego trochę monet.

Wysyłałam setki CV, wiele z nich do dziś pozostało bez odpowiedzi ;)
Poniżej przytaczam skutki mojego postanowienia (całość działa się może na przestrzeni 3 tygodni).

Wysłałam CV do salonu sprzedaży okien, jako asystentka zarządu - robota papierkowa, telefony, faxe, komputer, robienie kawy. Pomyślałam: "dlaczego nie?". Zadzwonił miły pan, który chciał mnie zaprosić na rozmowę, ale widać było, że bardzo chciał porozmawiać. Wypytał mnie o wiele rzeczy, ale również zmusił mnie do zastanowienia się nad tym czy aby na pewno jakakolwiek praca mnie satysfakcjonuje? Że po studiach chce się czegoś więcej, niż praca opierająca się na odbieraniu telefonów i układania papierów. I mogę podziękować temu facetowi za te pytania, bo wtedy stwierdziłam, że nie chcę byle jakiej pracy. Chcę  satysfacjonującą pracę w zawodzie, dzięki, której się rozwinę.

Wysłałam również do biura, które oferowało pracę jako asystent managera - umawianie spotkań, kontakt z klientami i ogólnie pomoc przy zorganizowaniu czasu. O tej pracy życia wspominałam tutaj. Ładne biuro w centrum, drogie samochody, uśmiechnięci pracownicy ubrani w garnitury. Kilkuetapowa rekrutacja, ładne historyjki o sukcesie "od pucybuta do milionera", wzruszające historie pracowników, szkolenia opierające się o wszystkie książki rozwojowe, które już znałam... i głęboko ukrywający się szwindel. Tak naprawdę nikt nam nie mówił na czym ta praca miałaby polegać, ale obiecywano, że po roku dorobimy się super bryki, a wszystkie niepochlebne opinie w Internecie, to tylko bełty leniwych ludzi, którym nie chciało się pracować. Inni kandydaci do pracy - bardzo desperacko poszukujący pracy (jak ja)... Byłam chyba na 2 spotkaniach szkoleniowych, ale zrezygnowałam, bo wciąż nie było konkretów i coś mi śmierdziało, a na pewno nie miałam ochoty wciskać jakimś starszym osobom produktów finansowych, które wpędzą ich w długi.

Wysłałam do miejsca, które szukało pracownika biurowego. Historia bardzo podobna jak powyżej. Ładne biuro, eleganccy ludzie, rozmowa kwalifikacyjna częściowo po angielsku, pełen profesjonalizm. Znowu chodziło o produkty finansowe, na których się zupełnie nie znam. Również jak w powyższym przypadku nikomu to nie przeszkadzało, bo firma oferowała pakiet bezpłatnych szkoleń. Jednak nie zostałam zaproszona na kolejny etap rekrutacji... myślę, że dlatego, że zbyt zdecydowanie dopytywałam rekrutującej mnie osoby na czym KONKRETNIE będzie polegała ta praca. Dziewczyna może kilka lat starsza ode mnie udzielała uroczo wymijających odpowiedzi i nie chciała mi powiedzieć zupełnie NIC. Wyszłam stamtąd z poczuciem niesamowicie zmarnowanego czasu i zdecydowałam, że już nigdy nie wyślę aplikacji w miejsce, gdzie nie ma podanej nazwy firmy, bo wiadomo, że jest to jakaś śmierdząca sprawa.

wtorek, 17 czerwca 2014

Kryzys ćwierćwiecza

#25daysleft!!!
Czyha niczym potwór ukrywający się pod schodami. Niby w niego nie wierzysz, ale wszyscy mówią, że istnieje i że w końcu cię dopadnie... kryzys ćwierćwiecza. Pierwszy taki, bo tuż po euforii szesnastki, osiemnastki i dwudziestki - uzmysławiasz sobie, że to już się stało - jesteś dorosły. A przynajmniej powinieneś być. I nie ma już odwrotu, CTRL + Z, ani tym bardziej nie możesz pójść do mamy i poprosić, żeby coś z tym zrobiła. Bo to Ty musisz coś z tym zrobić.

Jesteś TY i te Twoje 25 lat.
Miałeś tak wiele czasu, żeby zrobić ze swoim życiem WSZYSTKO, co chciałeś. Miałeś tyle dróg, które mogłeś wybrać. Tyle osób, które mogłeś poznać i tyle sytuacji, w których mogłeś się sprawdzić.
A jesteś tutaj.
I jak się z tym czujesz?


NIE ZATRZYMASZ TEGO

Myślę, że to czas, kiedy po raz kolejny znajdujemy się na początku i nie wiemy co ze sobą zrobić. Tak samo, jak pierwszy raz poszliśmy do podstawówki. Tęskniliśmy za mamą, trochę płakaliśmy, ale ciągnęło nas do nowych koleżanek, kolegów i zabawek. Podobnie w gimnazjum/liceum/na studiach - stawaliśmy przed "nowym" i zastanawialiśmy się czy to "nowe" nas przyjmie. Towarzyszy nam niepewność i obawa, że idziemy w złą stronę, bo znów mamy masę możliwości przed sobą, a musimy wybrać jedną.

Dookoła nas mamy mnóstwo innych 25-latków i chętnie się z nimi porównujemy. Widzimy, że nasze koleżanki z podstawówki już są mamami, a koleżanki ze studiów podjęły pracę gdzieś w Londynie na prestiżowym stanowisku. A my nie mamy pracy, chłopaka i mieszkamy z rodzicami... Zastanawiamy się co poszło nie tak i dlaczego to im się udało.

W czasach postępu, chęci samorealizacji i sukcesu możemy wyrzucać sobie, że coś nam nie wyszło i nic wielkiego tak naprawdę nie osiągnęliśmy. Mogliśmy ruszyć świat, stworzyć drugiego Facebooka, wymyślić lekarstwo na jakąś ciężką chorobę, mogliśmy latać po świecie czy pracować w świetnej międzynarodowej firmie.

A jesteśmy tutaj.

niedziela, 15 czerwca 2014

3 dni szczęścia we Wrocławiu

Byłam we Wrocławiu już kilka razy, ale w ubiegły weekend było najpiękniej. Nie wiem czy to wina fantastycznej pogody, wolnego weekendu po całym tygodniu pracy, dewizy: niczego sobie nie odmawiamy czy najlepszego na świecie towarzystwa. A może wszystko tak świetnie ze sobą współgrało, że w każdym mieście byłoby wspaniale.

Jeśli zastanawiacie się gdzie można spędzić świetny weekend, to bardzo polecam Wrocław. Pojechałam tam Polskim Busem za niecałe 30 zł w dwie strony (jedzie się tylko 3 godziny, a dostaje się słodką bułeczkę, soczek, ciasteczka i wodę/kawę/herbatę). Bardzo trudno było nam się wyrwać gdzieś na weekend, bo zawsze coś nam wypadało, ale dzięki temu doceniliśmy ten wyjazd - czułam się jak na wakacjach w jakimś obcym mieście za granicą. Postanowiliśmy nie odmawiać sobie żadnych przyjemności - przez co wydaliśmy miliony monet i było mega hipstersko - ale zdecydowanie było warto.

Mieszkam w Krakowie, którym się zachwycają tysiące turystów, a wielu znajomych zazdrości mi, że mieszkam w tak pięknym miejscu. No dobrze, jest tutaj pięknie... ale Wrocław... to dopiero miejsce! Urzeka mnie w tym mieście to, że jest mnóstwo przestrzeni, wiele parków przyjaznych ludziom i pięknych budynków. Z tego co zauważyłam policja nie ma nic przeciwko piciu alkoholu w miejscach publicznych np. parku z fintannami (za co w Krakowie od razu jest mandat). Życie jest bardzo podobne jak w Krakowie, ciągła imprezownia i harce w centrum. Bardzo podoba mi się, że w tramwajach są automaty biletowe na kartę płatniczą (nigdy więcej szukania drobnych!). Niestety nie jest teraz zbyt dobry czas na zwiedzanie, bo wiele uliczek jest rozkopanych, ale to mała niedogodność w porównaniu do tego jaka reszta miasta jest piękna. Co krok spotykamy mniejszą lub większą sztukę - jest wiele rzeźb, pomników, monumentów, a brzydkie budynki bardzo często są pokryte świetnymi muralami. No i oczywiście dziesiątki krasnali! :)

A więc zapraszam na wycieczkę do Wrocławia - przeżyjcie to ze mną jeszcze raz!
Uprzedzam: milion zdjęć!


czwartek, 12 czerwca 2014

Gdzie rąbnąć flaczki we Wrocławiu?

Byłam we Wrocławiu już kilka razy, ale w ubiegły weekend było najpiękniej. Nie wiem czy to wina fantastycznej pogody, wolnego weekendu po całym tygodniu pracy, dewizy: niczego sobie nie odmawiamy czy najlepszego na świecie towarzystwa. A może wszystko tak świetnie ze sobą współgrało, że w każdym mieście byłoby wspaniale. Zrobiłam bardzo dużo zdjęć i o każdym niemalże chciałabym Wam coś napisać, a tutaj czasu tak mało. Zwiedzanie obiecuję jutro, a dziś zobaczcie jak się stołowaliśmy w weekend. 

Chciałabym Wam polecić kilka miejsc - to moje subiektywne zdanie hipsterskiego turysty, a nie lokowanie produktu: ;)

ul. św. Antoniego - jedliśmy tam codziennie śniadanie, bo nasz hostel był niemal po drugiej stronie ulicy. Polecam bajgle i pancakes z mlekiem słodzonym i owocami (a tak w ogóle to może wiecie gdzie można znaleźć takie ceramiczne patelnie?)



wtorek, 10 czerwca 2014

Bo najgorzej to skapcanieć!

Sweater Days
Wiem, że Was pewnie nie dotyczy ten problem. Wiem, że kobiety obracające się w blogosferze, czytające książki, realizujące cele, wcinające sushi i guacamole, nigdy nie mają gorszych dni. No dobrze... gorsze dni mają. Wtedy zazwyczaj na wallu ląduje zdjęcie kubka gorącej czekolady z piankami marshmallow albo skarpetek w serduszka opartych o rudego kota, odpala się wtedy ciągiem sezon ulubionego serialu i wieczorem wszystko mija. 

A co jednak kiedy nie mija?

Najłatwiej jest skapcanieć w trzech przypadkach:
a. nie mając pracy
b. mając pracy za dużo
c. popłynąć

Czym jest skapcanienie?
Mogłabym zacząć od tego, że skapcanienie do stan, w którym jest ci wszystko jedno. Wszystko jedno czy wyjdziesz z domu, czy odpalisz serial. Wszystko jedno czy zrobisz szparagi z boczkiem, czy mielonkę z ziemniakami. Wszystko jedno czy ogolisz nogi, czy nie. Wszystko jedno czy dzień spędzisz na oglądaniu Ukrytej prawdy, czy siądziesz przed słownikiem angielskiego i będziesz przyswajał randomowe słówka. Nie widzisz różnicy pomiędzy stanem jednym, a drugim. Najczęściej wtedy twoje dni spełzają na niczym, a wieczorem jak kładziesz się spać, nie możesz sobie przypomnieć co tak właściwie robiłeś. Bo coś robiłeś, ale żadna z tych rzeczy nie była na tyle ważna, żeby to zapamiętać. Wstałeś, umyłeś zęby, zjadłeś śniadanie, ubrałeś się w dresy, wyszedłeś gdzieś, wróciłeś, zjadłeś, włączyłeś TV, ugotowałeś coś, pobuszowałeś w internetach, poszedłeś spać. W zasadzie nie odczułeś chęci ruszenia się z domu, zobaczenia się z kimkolwiek, zrobienia czegokolwiek innego, niż to co robisz codziennie. Szczytem twoich możliwości jest wybranie się do pobliskiej Biedronki po bułki i serek tylko po to, żeby zrobić na samym sobie wrażenie, że cokolwiek dziś zrobiłeś. Takie dni też miałam. Potrafiłam cały dzień robić "nic", a wieczorem być tak niesamowicie zmęczona, że odsypiałam do południa. I było mi wstyd przed samą sobą.

Bo bardzo łatwo zatrzasnąć się w takiej beznadziei.

Nie opisuję tutaj stanów depresyjnych, bo jak się ma depresję - jest ci cholernie źle. Jeśli kapcaniejesz... jest ci coraz bardziej wszystko jedno. Z każdym dniem. I coraz gorzej z tego wyjść, bo w pewnym momencie dochodzi się do momentu, kiedy nie widzisz możliwości wyjścia z tego dołka i powrotu na właściwy tor. Pamiętam jak wtedy każde marzenie wydawało mi się zbyt śmiałe... a teraz ich większość się spełniła.

sobota, 31 maja 2014

Elvisowa owsianka z lodówki

To jest fantastyczna rzecz, która ratuje mi skórę co rano. Zawsze jestem spóźniona, a każda minuta, którą mogę spędzić w łóżku o poranku - jest bezcenna. Dzięki pomysłowi na owsiankę z lodówki, o którym dowiedziałam się z tego prześlicznie smakowitego bloga, nie muszę tracić czasu na gotowanie i martwienie się o to czy aby na pewno moja poranna mikstura się nie przypali. Dodatkowo możemy puścić wodze fantazji i miksować do woli składniki, wariacje, proporcje. Ja najbardziej lubię owsiankę z bananem i masłem orzechowym, ale z truskawkami i jagodami jest równie pyszna! Sami wiecie, co Wam najbardziej smakuje - wrzućcie to do słoiczka, wstrząśnijcie i gotowe. Taki zdrowy, wstrząśnięty fast food (nie licząc czasu leżakowania w lodówce). 
  • Po pierwsze, trzeba znaleźć jakiś fajny słoiczek - mówię "fajny", bo najlepiej, żeby miał kompaktowy rozmiar. Ja mam swoje ulubione po jakimś mięsiwie z Biedronki, ale rozmiar słoiczka jest idealny. Dobry będzie też taki po nutelli albo maśle orzechowym (a jaka dobra okazja, żeby wydobyć z niego resztki!).
  • Sypiemy płatków owsianych (górskich) do 1/3 słoiczka
  • Zalewamy mlekiem do 1/2 słoiczka
  • Dodajemy 2 łyżki jogurtu naturalnego
  • Pakujemy dodatków (ja lubię dużo!)
  • Zakręcamy słoik, wstrząsamy kilka razy energicznie, wkładamy do lodówki na całą noc (płatki przyjemnie nasiąkają i nie wymagają gotowania... a na letnie i upalne dni taka owsianka z lodówki jest wprost idealna! Moja mama też sobie ją robi i mówi na to "lody płatkowe". Trzyma słoiczek w pracy w lodówce i wyjmuje jak ma ochotę na zdrową słodycz).
Moja ulubiona jest
OWSIANKA ELVISA
Pół banana + 2 łyżeczki masła orzechowego

Jeśli chodzi o truskawki/jagody/maliny, to mam całą szufladę zamrożonych tych pyszności. Nie muszę się przejmować, że się zepsują, albo że ich zabraknie. Wyjmuję garść malin i wrzucam do słoika. Oczywiście za niedługo wypróbuję owsiankę z naszymi tegorocznymi pysznymi polskimi truskawkami :) Spróbuj i TY! Smacznego.





niedziela, 25 maja 2014

Książka - mój wyrzut sumienia

Nếu không có ai theo đuổi, hãy theo đuổi ước mơ của mình, con gái ạ! | Guu.VN
Mogłabym pisać o tym jak dzięki czytaniu książek wygrywamy drugie życie, jak rozwijamy naszą wyobraźnię, poznajemy nowe miejsca i kultury, wzbogacamy wiedzę itp., ale nie. Nie o tym będzie dzisiaj, chociaż zgadzam się z tym wszystkim. Książki, to dla mnie wielki wyrzut sumienia. Zwłaszcza w tym roku. Mam na półce dziesiątki smakowitych kąsków, które bardzo bym chciała przeczytać, ale widocznie nie chcę aż tak bardzo, jak mi się wydaje. Nie czytałam jak miałam czas, nie czytam jak nie mam czasu... i jak tu sobie z tym poradzić?

WINNA
  • rozpoczynania książek, doczytywania ich do połowy, a potem porzucania (nawet tych ciekawych)
  • kreowania się na osobę oczytaną, lubiącą czytać książki, podczas gdy przeczytam ich może 10 rocznie
  • udawania, że nie mam czasu na czytanie
  • wchodzenia do biblioteki jak do sklepu z cukierkami, wybierania tych fantastycznych... nie czytania ich, a po 2 miesiącach oddawania ich do biblioteki z myślą "jeszcze kiedyś je przeczytam"
  • nieskończonego prolongowania książek
  • posiadania na półkach w pokoju dziesiątek nieprzeczytanych książek
Sytuacja jest beznadziejna, bo nie potrafię się wziąć w garść. Ostatnio jedyne rzeczy, które czytam, to blogi i darmowe gazety typu "Metro". Wstyd. Straszliwy. Zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo jest to ograniczające... (nie uwłaczając blogom).

Jak znaleźć czas na czytanie?
(przemawiam sobie do rozsądku)

#1 Lepiej zmarnować czas na złą książkę, niż na Trudne Sprawy
Jestem specjalistą w marnowaniu czasu. Teraz trochę mniej się w tym specjalizuję, bo mam go po mniej, ale jeśli byłabym w domu ok 17, to z pewnością oglądałabym te durne paradokumenty.Teraz też zdarza mi się wracać do domu i oglądać bzdurki na TVN Style o 23. Podczas gdy mogłabym się szybciej odrobić, zapakować do łóżka i poczytać jakieś ciekawe reportaże albo powieści.

#2 Nie spać, czytać!
Idealnym pomysłem jest czytanie w środkach komunikacji miejskiej, zwłaszcza jeśli ktoś jest osobą "dojeżdżającą" jak ja. Codziennie mam "daną" godzinkę na czytanie, więc dlaczego z niej nie korzystam? Niestety niekiedy jest to niemożliwe z racji ścisku w busie, którym dojeżdżam do miasta, chociaż w tym problemie nieco pomaga Kindle, bo do obsługi potrzebna jest tylko jedna ręka.

#3 Do poduszki
Czytanie jest świetnym sposobem na wyciszenie się wieczorem, uspokojenie po męczącym dniu i przygotowanie się do snu. Zawsze sobie wyobrażałam, że kiedy będę miała męża, będziemy się kładli do naszego dużego łóżka i wspólnie czytali przed snem, każde swoją książkę. Teraz wiem, że życie weryfikuje rzeczywistość i coś takiego będzie dosyć trudne, biorąc pod uwagę mój zapał do czegokolwiek około 23 w nocy.

#4 Scroll mnie niszczy
Komputer, to złodziej czasu, wiemy o tym wszyscy. Oduczyłam się grania w różnego rodzaju gry komputerowe, ale słabość do scrolla pozostała. Po co zgasić komputer, skoro jest tyle stron internetowych do przejrzenia. Tyle skarbnic niepotrzebnej wiedzy, kwejków i blogów, które scrolluję, myśląc: hm... ciekawe... wrócę tutaj kiedyś, zapiszę do zakładek. Jeśli przeznaczyłabym ten czas bezmyślnego przeglądania internetów ok. godziny 23, z pewnością bym zyskała.

#5 Dokańczać książki
Nie zdążyłam przeczytać, zostało mi pół książki, a już muszę ją oddać. Zapiszę tytuł... hm... jeszcze do niej wrócę, nie ma co się martwić. BEEEP! Nie, nigdy już do niej nie wrócę. Również nie będę mogła się na jej temat wypowiedzieć, polecić komuś, ani uważać za przeczytaną. Historia pewnie nie zapadnie mi w pamięć, zapamiętam tylko tytuł, będący małym wyrzutem sumienia. Mogłam przeczytać, ale mi się nie chciało.

czwartek, 8 maja 2014

Czekając na księcia z bajki Disneya...

Presh | via Tumblr
Jako dziewczynka wychowana na przeróżnych bajkach i książeczkach, wyobraziłam sobie, że mój książę musi przyjechać na białym rumaku znikąd. Najlepiej z jakiegoś Zasiedmiogórogrodu, powinien od razu mnie zauroczyć, a ja od razu powinnam wiedzieć, że to właśnie jego chcę. Na pierwszym spotkaniu powinnam pomyśleć: "to on, to z nim spędzę resztę mojego życia". Oczywiście powinien dla mnie pokonać jakiegoś potwora, albo co najmniej jakiegoś rywala, który chciał posiąść moje serce. Jako na wskroś dobry, i przystojny mężczyzna wspaniale władający mieczem - nie było cienia wątpliwości, że wygra, a my będziemy żyli razem długo i szczęśliwie.

No więc czekałam.
I za każdym razem rozczarowywałam się coraz bardziej, bo książę przychodzący z Zasiedmiogórogrodu wcale nie był książęcy, a nasze życie wcale nie było jak z bajki. Było dużo łez, rozczarowań i poczucia, że jestem nie w tej bajce, w której powinnam. Po jakimś czasie okazało się, że miałam do czynienia ze zwykłymi żabami, które obiecały, że się zmienią, jednak nic takiego nie miało miejsca.

Więc dalej czekałam na kogoś, kto wkroczy w moje życie i poprzestawia doszczętnie wszystko. Sprawi, że oszaleję, poczuję obrzydliwe motylki, będę soliła herbatę i wyczekiwała z niecierpliwością SMSów na dobranoc. Myślałam, że będzie dzika fascynacja i chęć poznania drugiej osoby najszybciej jak się da. Czekałam na wielkie "bum!", na grom z jasnego nieba, na urok, od którego nie ma ucieczki.

I wiecie co się okazało?
Mój książę wcale nie musiał przybyć na żadnym koniu z odległego miasta, bo cały czas był w moim królestwie, tuż obok mnie. Był fantastycznym, przystojnym, mądrym i poukładanym mężczyzną... ale wydawało mi się, że jest nie dla mnie. Wiedziałam, że zawsze mogę na nim polegać, rozmawiać godzinami i dzielić pasje, ale przecież czekałam na kogoś, kto zatrząśnie moim światem. Wolałam się rozglądać za muzykami i niespełnionymi pisarzami, którzy oferowali życie pełne wrażeń. 

niedziela, 27 kwietnia 2014

Kobito - po co Ci to?

I wish i really knew that!Nie wiem w którym momencie swojego życia zaczęłam wierzyć, że posiadanie butów na wysokim obcasie, drogiej sukienki i szczupłej talii sprawi, że będę szczęśliwym człowiekiem. Uwierzyłam, że mój wygląd określa mnie w bardzo dużym stopniu. Podświadomie dążyłam do utraty kolejnych kilogramów, bo wierzyłam, że moje życie będzie lepsze z codziennym widokiem na 50 kg na łazienkowej wadze. Trudno się do tego przyznać, ale myślałam również, że to, że mam (albo będę mieć) ładne paznokcie, ładne włosy i gładką cerę, sprawi, że będę lepsza od innych. Że będę szczęśliwa. Nie wiem kto mnie tak okłamał. Nie wiem po co sama siebie tak okłamałam.

Dawno temu na Youtubie wśród vlogerek rozprzestrzeniał się tag "no make up week". Kiedy go wtedy oglądałam, patrzyłam na te dziewczyny jak na mega odważne jednostki, bo sama nie potrafiłabym na tydzień zrezygnować z makijażu. Zawsze miałam wiele fluidów, pudrów, tuszów do rzęs, eyelinerów i cieni. Nie zdarzało mi się pojechać do miasta (na uczelnię, do pracy) bez makijażu, chociaż czasem rano wyszłam po bułki z samym tłustym kremem na twarzy. Ostatnio rzeczywistość zweryfikowała moje uwielbienie do make-upu i lakierów do paznokci, bo w moim szalonym trybie życia po prostu ZABRAKŁO czasu na pełny makijaż czy pomalowanie paznokci czymś innym, niż odżywką. Szczytem wyciśnięcia czasu na pielęgnację było systematyczne olejowanie włosów, którego efekty już zauważam. Teraz doszłam do wniosku, że na co dzień wystarczy mi tusz do rzęs i coś do wyrównania kolorytu cery (którą muszę doprowadzić do używalności, bo trzy tygodnie w stresie + braku snu + beznadziejnym odżywianiu, zadziałało na nią katastrofalnie).

Poza tym tak właściwie, to po co nam makijaż? Dla kogo się malujemy?

Mam koleżankę, która nie jest klasyczną pięknością. Na ulicy pewnie żaden facet by się za nią nie obejrzał, ale to nie szkodzi, bo nie pochlebiałyby jej takie rzeczy, jak gwizdy nieznajomych mężczyzn. Z wyglądu nie wyróżnia się zupełnie niczym, jej skóra nie jest piękna, często ma z nią problemy, a jej sposób ubierania się można porównać do pani domu, która nie dba o to, co wkłada na siebie. Bo nie dba. Wygląd dla niej jest jedną z najmniej ważnych rzeczy. Bo w jej życiu liczą się jej pasje i ludzie, których poznaje. Jest bardzo mądra, interesuje się sztuką, dużo podróżuje, chodzi na koncerty, biega, ma chłopaka, udziela się w wielu organizacjach i studiuje dwa kierunki.

Kiedy ją poznałam, poczułam się przy niej płytka i pusta. W tej swojej obcisłej sukience, z fluidem na twarzy, pomalowanymi paznokciami. Poczułam się źle, bo uświadomiłam sobie, że zbyt wiele czasu spędzam przed lustrem, przed szafą, w sklepach i drogeriach. Że ten czas i pieniądze mogłabym spożytkować na rzeczy, które bardziej by mnie uszczęśliwiły. Na rzeczy, które by były bardziej DLA MNIE, a nie dla mojego otoczenia. Wiele moich mądrych i pięknych koleżanek się nie maluje. Zawsze patrzę na nie z lekkim podziwem i zastanawiam się jak one to robią, że bez make-upu wyglądają świetnie? Podczas gdy ja nawet w góry na wędrówkę zabieram kosmetyczkę i staram się jakoś niepostrzeżenie "ogarniać".

Zastanówmy się:
DLA KOGO SIĘ MALUJEMY?

środa, 23 kwietnia 2014

Przedziwne słowa kluczowe... czyli jak do mnie trafiacie?

Apple
Do różnych miejsc często prowadzą przedziwne drogi. Do mojego bloga również, a dzisiejsze sprawdzenie słów kluczowych w Google Analytics dostarczyło mi bardzo dużo przedniej zabawy. Od czasu do czasu zerkałam w blogspotowych statystykach na słowa, po których czytelnicy trafiali na mojego bloga. Jednak tam możliwe jest tylko sprawdzanie statystykza poprzedni miesiąc - Google Analytics daje o wiele więcej możliwości. Polecam sprawdzić dzięki jakim słowom w wyszukiwarkach inni odnajdują Waszego bloga :) z pewnością będziecie zaskoczeni!

Przedstawiam Wam moje TOP 15.

15. jak się szanować w związku - rozbraja mnie to, że ktoś może szukać odpowiedzi na to pytanie w Internecie
14. rzeczy o ktorych wqrto myslec - bo są rzeczy o których warto myśleć, a są takie o których nie warto ;)
13. mcflurry są większe w innych krajach - nie mam pojęcia na jakiej podstawie ktoś mógł szukać odpowiedzi na to pytanie na moim blogu
12. brian tracy którą ma żonę - :)
11. darmowe filmiki pierwszego razu dziewczyny na telefon komórkowy - niewiarygodne
10. taniec erotyczny na rurze porady - pisałam trochę o tańcu na rurze, ale nie uważam, że mogłabym udzielać porad w tej kwestii ;)
9. filmy porno i zdjiecia naj szczuplejszych k*** - serio?
8. dlaczego pomadka wychodzi ponad obwód ust - nie mam zielonego pojęcia :D
7. kobieta na osiołku czy mężczyzna - ale w sensie pierwszeństwa, czy co?
6. grube baby na lace - myślałam, że to poszukiwania jakiegoś obrazu czy czegoś, ale nie... to był film... i jestem w szoku, że szukając go można trafić do mnie
5. konsekfencje po zjedzeniu zaby - ale że takiej zielonej i rechoczącej?
4. czy moge zapytac kolzanke zeby mnieczyms poczestowala - nie, nie możesz...
3. co czuje telefon komórkowy - nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale zastanawia mnie to, że ktoś pomyślał o komórce w taki sposób. Brzmi jak temat wypracowania do 5 klasy szkoły podstawowej.
2. jak utuczyc dziewczyne do 100 kg - mam nadzieję, że u mnie na blogu nie ma ku temu zachęty!
1. farbowanie wydmuszek mną - nie wiem jak to skomentować...

Jest jedna rzecz, która mnie bardzo zmartwiła. Na mojego bloga odsyłają dziesiątki zapytań "mój facet mnie nie szanuje", "mój chłopak mnie nie szanuje", "mój mąż mnie nie szanuje", "dlaczego on mnie nie szanuje", "nie szanuje mnie", "mój chłopak mnie nie szanuje czy on się zmieni?", "co zrobić, żeby zaczął mnie szanować?", "czy chłopak mnie szanuje", "dlaczego wraca do niego, a on jej nie szanuje" itp. Dziesiątki, setki, tysiące. Tysiące podobnych historii, kiedy kobieta męczy się w związku, a facet traktuje ją koszmarnie. Widzę, że to bardzo poważny kobiet współczesnych kobiet (a może istniał on od zawsze?).

A jakie było najdziwniejsze zapytanie po którym czytelnicy trafili na Twojego bloga? I w jaki sposób Wy trafiłyście/trafiliście na mojego? ;)

niedziela, 20 kwietnia 2014

To nie to

Flowers
Nie wiem jak Wy, ale ja całe życie byłam zaprzyjaźniona z uczuciem, które mówiło mi, że "to nie to". Zawsze czegoś mi brakowało. Jestem bardzo krytyczna wobec siebie i rzeczywistości mnie otaczającej, więc bardzo często doświadczam uczucia, że coś jest niewystarczająco dobre albo czegoś mi brakuje. To nie jest tak, że na siłę wyszukuję błędy, niedociągnięcia i niedoskonałości. Nie jestem naczelnym narzekaczem, zawsze staram się dostrzegać pozytywne strony, ale uczucie jest we mnie, w środku. Nawet jeśli się nim z nikim nie podzielę (a zazwyczaj się nie dzielę, patrz tu).

Moje związki były zawsze bardzo trudne, bo ciągle z tyłu głowy zbierałam rzeczy, które mi przeszkadzają. Drobne, ale takie, które dodawały się do siebie. Bo nie przynosi mi kwiatów, bo przepada za piłką nożną, bo gra w głupie gry, bo nie toleruje mojego spóźniania się, bo lubi filmy akcji, bo zostawia resztki na talerzu, bo wkłada do zlewu kubki z torebkami herbaty. Nie wiem czy pisywaliście pamiętniki, ale moje aż kipią od zdań, które mówią, że czegoś mi brakuje, że powinnam być w innym miejscu, że obok mnie powinien być ktoś inny. Zawsze wyobrażałam sobie, że będę spełniona np. w liceum. Potem, że na studiach. Byłam na studiach, wydawało mi się, że zacznę "naprawdę żyć" jak zacznę pracę i się usamodzielnię.


DĄŻENIE DO ROZCZAROWANIA

Na pewno znacie historie dziewczyn, które nie czują się dobrze ze sobą, stawiają sobie cel i już widzą, że kiedy go osiągną, to będą szczęśliwe. Bez względu na to czy będzie to dążenie do szczupłej sylwetki, do osiągnięcia stopnia naukowego, czy do zamążpójścia. Jest droga, pełna trudu i wysiłku, ale na końcu ma być upragniona nagroda. Osiągnięcie celu = szczęście. Jaka szkoda, że często okazuje się, że na końcu drogi wcale nie ma tego szczęścia. Że stracone kilogramy wcale nie sprawiły, że nasze życie stało się lepsze, mgr przed nazwiskiem to nie było to, a zdobycie mężczyzny życia też okazuje się być czymś niewystarczającym. Na końcu tej drogi najczęściej jest pustka i rozczarowanie. Bo albo nagroda wydaje się nam być zbyt mała, albo na jej miejsce wskakuje kolejna, jeszcze bardziej niedościgniona.


niedziela, 13 kwietnia 2014

Opanowanie czasu

In home office☕🐝
W tym tygodniu czas absolutnie mnie pokonał. Zawsze wydawało mi się, że ułożenie sobie dobrze planu dnia, to tylko kwestia dobrej organizacji i na wszystko można znaleźć czas, jeśli się chce. Niestety... rzeczywistość weryfikuje wszystko. Dojeżdżanie do miasta, praca na etacie, treningi i życie towarzyskie wycisnęły ze mnie wszystkie soki. Nie miałam czasu na nic, a już zwłaszcza nie miałam czasu na sen. Dopiero teraz znalazłam chwilę na zastanowienie się co można by było zrobić, żeby następny tydzień był lepszy. Obiecałam sobie, że zrobię to w ten weekend, ale okazało się, że wróciłam do domu dopiero przed dwiema godzinami. Wystarczyło mi siły tylko na to, żeby zrobić sobie obiad na pół tygodnia i położyć się do łóżka.

W poprzednim tygodniu zapomniałam o sobie. W tym chciałabym o siebie trochę zadbać. Zwłaszcza o mój komfort psychiczny.

Muszę wspomnieć o jednej ważnej rzeczy - nie odczytujcie tego posta jako zwykłe narzekactwo. Powyższe zdania są spowodowane nagłą zmianą trybu życia o 180 stopni, ale kryją się za tym same fantastyczne rzeczy, które sprawiają, że czuję się spełniona i kompletna. Potrzebuję tylko kilku chwil na oddech i na dojście ze wszystkim do porządku dziennego. Zmieniłam pracę, dostałam się do miejsca, w którym bardzo chciałam się znaleźć. Daje mi to wiele możliwości rozwoju w branży, zawodzie, a dodatkowo spełniania marzeń. Dużo się zadziało.

środa, 2 kwietnia 2014

Kiełkownica DIY

No chyba nikt już nie ma wątpliwości, że jest wiosna pełną gębą! Mnie kojarzy się ona ze świeżymi warzywami i kiełkami. Nie mam zamiaru pisać tutaj o zaletach zdrowotnych kiełków, ale kiedy je zjadam zauważyłam, że mam lepsze trawienie i cera mi się poprawia. Zawsze na Wielkanoc wysiewam rzeżuchę i uwielbiam ją dodawać do wiosennych, kolorowych kanapek. Już dawno temu odkryłam, że uwielbiam kiełki, ale nie miałam kiełkownicy, żeby móc je uprawiać. Kiedy sadziłam je na wacie albo ligninie bardzo często pleśniały, a pleśni przecież jeść nie będę. Nie byłam pewna czy opłaca mi się zamawiać kiełkownicę przez allegro (bo nie byłam pewna czy nie wyląduje w szafce jako kolejny niepotrzebny sprzęt), a w sklepach jakoś nie umiałam jej znaleźć. Pomyślałam... że jakoś ją odtworzę po swojemu. I okazało się, że moja pseudo-kiełkownica może nie wygląda pięknie, ale świetnie spełnia swoją rolę.

Kiełki bardzo szybko wyrosły (lucerna i rzodkiewka), są cały czas nawodnione, nie pleśnieją i nie ma problemów z watą zaplątaną w korzonki. A przedmioty potrzebne do zrobienia pseudo-kiełkownicy na pewno macie w domu.


czwartek, 27 marca 2014

Narysuj sobie harmonię

I wish to ride this in this day light ☁
W ciągu kilku ostatnich dni moje życie stanęło na głowie. Nie mam na nic czasu, wszędzie biegam, wiele rzeczy muszę ogarniać w tym samym momencie - ale póki co - daję radę! Przede mną nowe wyzwania, lekkie przemeblowanie życia, szansa na lepsze. Na szczęście jutro piątek i będzie można odetchnąć (cel na weekend: tiramisu! A dlaczego? Pisałam tutaj). Jeszcze tylko chwila i powrócę do dawnej harmonii. Chociaż gdyby tak głębiej się zastanowić, to harmonia ciągle jest zachowana...

Kiedyś, na studiach, miałam możliwość wzięcia udziału w coachingu. Co prawda grupowym, ale w zamyśle coachingu. Dodatkowo zajęcia były całkowicie po angielsku. Bardziej chodziłam tam, żeby podszkolić język, ale nie mogę zaprzeczyć, że nasz coach przedstawił nam kilka ciekawych rzeczy. Dzisiaj chciałam Wam zaproponować małą zabawę... Niektórzy mówią, że kluczem do szczęścia jest harmonia. To do niej dążymy, bo wydaje się nam być idealnym współbrzmieniem, współistnieniem, szczęściem. Ale jak często zastanawiamy się nad wszystkimi aspektami swojego życia i wyciągamy z nich średnią? Myślę, że rzadko, a poczucie szczęścia (bądź jego braku) jest sprawą chwilową, doraźną, bardzo subiektywną. Zachęcam Was do wypełnienia KOŁA ŻYCIA, które odtworzyłam w programie graficznym.

KOŁO ŻYCIA jest podzielone na osiem obszarów naszego życia. Dotyka miłości, przyjaźni, kariery, pieniędzy, zdrowia, środowiska i rozwoju osobistego. W środku koła znajduje się wartość zerowa, a na zewnątrz 10 - dzięki nim możesz ocenić stopień satysfakcji z każdego aspektu Twojego życia. Wartość 1 oznacza, że jesteś zupełnie rozczarowany, a 10, że jesteś w pełni usatysfakcjonowany. To jest ta chwila na zastanowienie się, trzeźwą ocenę okoliczności. Rezultaty mogą Cię zaskoczyć... 


niedziela, 23 marca 2014

Woodstockowa koszulka z pacyfką - DIY

Bez względu na to jaka muzyka gra w Waszych duszach, zapraszam do nie tak małego DIY. Jakiś czas temu, kiedy chodziłam co tydzień na różne koncerty i z pasją zaliczałam wszystkie możliwe festiwale - zamarzyła mi się taka koszulka. Jako krakowskiemu centusiowi, cena 80 złotych za takową w sklepach internetowych wydała mi się za wysoka... więc postanowiłam się pobawić w małą farbiarnię. Okazało się, że efekt był świetny (nie poprzestałam na jednej koszulce), wielu znajomych prosiło mnie o zrobienie podobnej i wielu nieznajomych (na koncertach i festiwalach) ją komplementowało. Zatem jeśli w zakątkach Waszej duszy czai się reggae, lubicie jeździć na Woodstock albo po prostu zastanawiacie się jak można uzyskać taki efekt - zapraszam do tutorialu. Nie każdemu musi się spodobać, ale pokazuję, bo mnie zrobienie tej koszulki sprawiło wielką przyjemność!


Do zmajstrowania takiej koszulki musisz przygotować:
  • bawełnianą koszulkę albo bluzkę - wybierz krój, w jakim dobrze się czujesz. Może to być stara koszulka na WF, której dasz nowe życie, możesz ją kupić bardzo tanio;
  • barwniki do bawełny - są one bardzo tanie (koszt ok. 2 złote za saszetkę z jednym kolorem) i dostępne w sklepach chemicznych w szerokiej gamie barw. Używałam zawsze saszetek "Super-kolor", jestem z nich bardzo zadowolona i myślę, że do farbowania koszulek nie ma sensu wydawać pieniędzy na specjalistyczne substancje;
  • sól - będzie potrzebna do zabarwienia tkaniny, dokładna instrukcja użycia znajduje się na opakowaniach barwników;
  • ocet - jest niezbędny do zakonserwowania barw, spowodowania żeby się one nie wypłukiwały i nie puszczały kolorów w praniu;
  • gumki recepturki - za ich pomocą można zrobić efekt skręconych okręgów;
  • coś okrągłego - mogą to być np. kulki ze zgniecionej folii aluminiowej, drewniane korale, piłeczka pink-pongowa, plastikowe jajko-wydmuszka... cokolwiek macie pod ręką. Nie są konieczne, ale pomocne przy formowaniu okręgów i skręcaniu materiału;
  • sznurek (np. do bielizny) - dzięki związaniu nim tkaniny, uzyskamy bardziej fantazyjny wzór;
  • farba akrylowa - namalujemy nią pacyfkę. Farbki akrylowe mają to do siebie, że po zaprasowaniu żelazkiem, nie spierają się. Mi do wielu eksperymentów służy farbka "Chromacryl", w tym przypadku najlepsza będzie czarna. Można ją dostać w sklepach plastycznych, 75 mililitrowa tubka kosztuje około 7 złotych i są bardzo wydajne.

sobota, 22 marca 2014

Travelove: Turcja, Pamukkale - najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam!

Niektóre miejsca ogląda się jak pocztówki. Z przewodnikiem pod pachą i kartą hotelową w kieszeni. Spieszymy się, szybko robimy zdjęcia, wymieniamy karty pamięci, tylko po to, żeby później zobaczyć więcej. Bo ciągle czeka nowe, lepsze... Są też takie zakątki, w których zatrzymujemy się na dłużej i chcemy tylko patrzeć. Dostrzec. Zapamiętać. Zwariować. Aparat jest nieważny, zdjęcia schodzą na dalszy plan, bo wszystko, co widzisz - pożerasz całą sobą. Nawet nie zauważasz, że na twoim obiektywie są krople wody, bo pragniesz go szybko schować do plecaka i chłonąć dalej. W swoim życiu widziałam wiele pięknych miejsc, których obraz chciałabym zachować w sercu na zawsze. Jednak mimo tego, że byłam tam pięć lat temu - wciąż tam jestem. Pamukkale niezmiennie jest najpiękniejszym miejscem, jakie widziałam w życiu.

Jest nazywane bawełnianym zamkiem albo bawełnianą twierdzą. Z daleka sprawia wygląda jak jakiś przedziwny lodowiec. I "to białe", to nie jest śnieg, ale osady wapienne, które powstały na zboczu góry Cökelez w zachodniej Turcji. Jeśli jesteście żądni większej ilości zdjęć, to odsyłam tutaj. Ja jestem oczarowana!

Zapamiętałam wszystko.
To, że oczy mówiły, że jestem w górach, a było ponad 30 stopni.
To, że po przyjeździe na miejsce, wszystko przestało istnieć.
To, że wapień jest przyjemnie-chropowato-ciepły, kiedy się go dotyka bosymi stopami.
Piękną zieleń Pamukkale nocą.
I to, że nie mogłam zrozumieć jak natura mogła stworzyć coś tak pięknego...