wtorek, 25 lutego 2014

Magiczny "pierwszy taniec" + niespodzianka

UntitledU Groszkowej kilka dni temu przeczytałam jej relację z przygotowań do jej pierwszego tańca. Do mojego ślubu jeszcze daleko. Nie jest nawet ujęty w ramy czasowe jako "najbliższy plan", ale wiadomo, że już zaczynam mieć o nim jakieś wyobrażenie. Wiem, że decyzja o tym, jaki miałby być ten pierwszy taniec będzie trudna. Wybór tańca i piosenki będzie wyborem tylko nieco łatwiejszym, niż wybór sukni.

Jak wiecie (lub nie) - uwielbiam tańczyć. Jako pierwszy taniec niekoniecznie przekonuje mnie klasyczny "bujany", walc, ani szalona kompilacja miliona kawałków. Jest tyle możliwości, o które już mniej lub więcej się ocierałam, że każdą chciałoby się wypróbować. Bachata, kizomba, salsa, tango, zouk (jeśli brzmi to dla Was obco, to zapraszam do filmików poniżej). Kiedyś chodziłam na kizombę, ale w jakiś dziwny sposób się zraziłam... teraz ponowiłam próbę, tym razem z Brodaczem. Kiedy zapytałam się go w niedzielę czy może chciałby pójść ze mną na kizombę, odpowiedział od razu: no pewnie, przecież już musimy się przygotowywać do pierwszego tańca. Poszliśmy. I o dziwo bardzo nam się podobało. Było to coś zupełnie innego od tańców, które trenowaliśmy wcześniej. Kizomba była bardziej delikatna, dostojna, intymna... piękna!

Oczywiście, że w czasie intensywnych przygotowań do ślubu są ważniejsze rzeczy, na które trzeba przeznaczyć czas i pieniądze. Najlepiej, żeby para "zrobiła" swój pierwszy taniec po swojemu, a nie "tak jak trzeba", bo wtedy wcale nie przyniesie im radości. Jeszcze przed planowaniem ślubu można się zapisać na jakiś kurs, który będzie dodatkowym urozmaiceniem wspólnie spędzanego czasu, a być może obudzi w Was pasję. Jeśli myślicie, że trudno będzie Wam namówić swojego partnera na kurs tańca, to zapraszam tutaj, gdzie podałam kilka sprawdzonych rad. Nie byłabym sobą, gdybym jeszcze raz nie powtórzyła, że taniec pielęgnuje w nas kobiecość, dodaje pewności siebie i leczy z kompleksów. Mężczyźni również poczują się pewniej, kiedy będą wiedzieli "o co chodzi z tym tańcem". Pod koniec ubiegłego roku namówiłam znajomą parę, która w sierpniu bierze ślub, żeby zapisali się na kurs tańca przed ślubem. Kilka dni temu byłam z nimi na imprezie i byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tym, że kolega absolutnie oszalał na punkcie salsy i codziennie chodziłby na imprezy. Ich umiejętności taneczne po tych kilku miesiącach są naprawdę rewelacyjne.

A teraz zapraszam na dalszą część posta i zachwycenie się tańcem innych par! Ja byłam oczarowana :) Oto moje trzy typy. Pierwszy: zouk, drugi: bachata, trzeci: kizomba, mambo. Co o nich myślicie i który Wam najbardziej przypadł do gustu?
A pod koniec posta mała niespodzianka :)

wtorek, 18 lutego 2014

Co zrobić, żebyście komentowali?

Większość blogerów marzy o tym, żeby ich autorskie cacuszka były czytane przez setki ludzi, żeby spływały do nich propozycje współpracy no i żeby ogólnie był fejm. Ale kiedy widzimy masę odsłon, a najnowszy post straszy napisem "Brak komentarzy", to podskórnie czujemy się oszukani. 

Pojawiają się pytania. Czy ktoś to w ogóle czyta? Nie no, pewnie że czyta, widziałam sto odsłon! Może powinnam zrezygnować z tego rodzaju postów... nie no, przecież wygląda całkiem w porządku. Czy napisałam o czymś nudnym? Damn, tyle pracy na marne. A może o czymś absolutnie oczywistym? Może się już wypaliłam? A może ktoś całkowicie się nie zgadza, ale nie chciało mu się napisać? No właśnie, nie chciało...

Badania dowodzą, że 50-90% użytkowników Internetu stanową lurkersi/lurkerzy. Nazwa pochodzi od angielskiego słowa lurk - czaić się, czyhać. Witam wszystkich "moich lurkerów"! :) Obserwują, przeglądają, czytają, szukają, ale nigdy się nie udzielają (nie komentują, nie wysyłają e-maili, nie klikają lajków). Lurker korzysta z potrzebnych mu treści, ale albo samo to mu wystarcza, albo potrzebuje czasu, żeby poznać zachowania społeczne panujące wśród społeczności internetowej. Często po to, żeby zdobyć pewność siebie, umożliwiającą mu jakikolwiek feedback.

W różnych publikacjach naukowych można przeczytać, że lurkerów postrzega się zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Pozytywnie, bo osoby "nowe" w społeczności mogą nauczyć się pewnych mechanizmów, które rządzą forum, blogosferą, stroną. Zlokalizować kto jest kim, jakiego używa się języka oraz jakie są zachowania społeczne odbiorców strony. Dodatkowo tworzą grono odbiorców i są wędką na reklamodawców. Ale mogą być również postrzegani negatywnie, bo "biorą, nie dając nic w zamian". Korzystają z treści, ale nie dają żadnej odpowiedzi - komentarza o przydatności informacji, ani nie prowokują dyskusji. Po prostu biorą i wychodzą.

DLACZEGO JESTEŚMY LURKERAMI?
  • samo przeglądanie stron nam wystarcza
  • nie czujemy potrzeby "ujawniania się"
  • widzimy, że już ktoś napisał to, co myślimy
  • widzimy "Brak komentarzy" i nie chcemy się wybijać
  • "i tak tego nikt nie przeczyta"
  • chcemy się wcześniej nauczyć czegoś o społeczności
  • boimy się pomyłki i odrzucenia przez grupę
  • nie uważamy, że jesteśmy na tyle kompetentni, żeby skomentować
Jak to wygląda naukowo? Zapraszam tutaj do przeczytania ciekawego artykułu [ENG].

Ogólnie wśród społeczności internetowych stosunek użytkowników podejmujących działania, do tych, którzy tego nie robią, jest bardzo podobny.

90% - lurkerzy (czytają, obserwują, nigdy nie komentują)
9% - użytkownicy reagujący od czasu do czasu (są ważniejsze czynności, niż komentowanie)
1% - osoby, które zawsze dadzą feedback (jakikolwiek odzew - komentarz, like, e-mail, udział w głosowaniu itp.)

Na blogach sytuacja kształtuje się jeszcze inaczej: 95-5-0.1%

poniedziałek, 17 lutego 2014

Manipulacja i korpobełkot!

Clever Conceptual Photo Manipulations That Tell a Story | Psdtuts+Bardzo lubię tematykę rozwoju osobistego, poszerzania kwalifikacji, coachingu, wychodzenia poza swoją strefę komfortu, definiowania celów, osiągania ich itp. Najbardziej przemawia to do mnie wtedy, kiedy jest to zgłębiane/podejmowane z mojej własnej woli. Kiedy sama sięgam po książkę, bloga lub szkolenie. Jestem świadoma korzyści, które może dać mi ta lektura/spotkanie, wiem, że wycisnę z tego tak dużo, ile będę mogła. A najważniejsze: korzyść będzie tylko dla mnie. Oczywiście w dalszej perspektywie zyskają na tym również osoby postronne np. moja rodzina czy pracodawca. Ale najważniejsza jest moja osobista korzyść i w żadnym momencie mojej drogi nie czuję, że jestem frajerem w tym, co robię.

Natomiast w momencie, kiedy zaczyna się mnie w bardzo słaby sposób indoktrynować, od razu to czuję i chcę uciekać jak najdalej. Jestem dość krytyczna wobec napływających do mnie informacji i często lubię podważać to, co niby jest oczywiste. Często wątpię i pytam, a jeśli ktoś nie umie odpowiedzieć na pytanie, to bardzo szybko zapala się w mojej głowie czerwone światełko, które każe uważać.

Miałam okazję być na rozmowie kwalifikacyjnej w pewnej firmie, która miała wystawne biuro w bardzo dobrej lokalizacji. Ludzie byli fantastyczni - uśmiechnięci, elegancko ubrani, wypachnieni. Biura były wypchane gadżetami firmy, drogimi winami, energetykami, a logo firmy krzyczało zewsząd. Pod siedzibą biura były zaparkowane drogie samochody, a na parterze kawiarnia dla klientów i pracowników. Żeby przyjęto cię do pracy, musiałeś przejść wielopoziomową rekrutację. W moim mniemaniu: rekrutację-indoktrynację. Polegała ona na tym, żeby osoba z ulicy uwierzyła, że ma do czynienia z marką wyjątkową, jedyną, najlepszą. Wszyscy byli wniebowzięci ideą firmy, w każdy możliwy sposób podkreślali, że NIE MA na świecie firmy, która tak wiele daje klientowi. Dodatkowo ciągle się rozwija, otwiera nowe placówki i rozwija swoją ofertę poza granicami kraju. No miód. Po tej całej otoczce przyszła czas na łagodny proces robienia wody z mózgu.

Na szkoleniach słyszałam wiele zdań, które wcześniej czytałam w różnych podręcznikach dotyczących szkoleń. Wręcz książkowe przedstawianie sytuacji kontrastowych, myślenie w systemie zero-jedynkowym, a nawet metody NLP. To wszystko przedstawiała urocza pani w eleganckim wdzianku, która bardzo chciała sprawiać wrażenie naszej przyjaciółki, a po zobaczenia czegoś innego, niż hipnotyczne potakiwanie głową, nie wiedziała jak odpowiedzieć. Kto się nie rozwija, jest ograniczonym człowiekiem. Kto nie oszczędza pieniędzy jest daleko za murzynami. Kto wygłasza negatywne opinie na temat firmy, to nie pracował wystarczająco ciężko, albo nie zrozumiał świetlanej idei marki.

Dowiedziałam się zaskakujących prawd życiowych, że najpierw trzeba być, a potem mieć. Że pieniądze są skutkiem ubocznym mojego zaangażowania i pracy. Że lepiej pracować wśród ludzi pozytywnych i inspirujących, a nie smutasów, ściągających na dno. Zaskakujące, nie?

czwartek, 13 lutego 2014

Uwielbiam grube kobiety!

Dziś chcę Wam pokazać wycinek rzeczywistości, który jest z pewnością ekstremalny i marginalny... ale jest. I robi się o nim coraz głośniej. Znaczna otyłość jest dla mnie chorobą, którą trzeba wyleczyć - wyrzeczeniami, dietą i sportem. Nie dla niedoścignionej figury modelki, ale dla zdrowia, które (frazes alert!) jest najważniejsze. Wiele moich koleżanek zaliczyło spektakularny spadek wagi poprzez zmianę stylu życia (pomimo skłonności genetycznych, chorób) i widzę jak bardzo zmieniło się ich podejście do siebie, jak dobrze się ze sobą czują i jak odnalazły pasję w uprawianiu sportu. Trochę trudno mi uwierzyć dziewczynom, które mówią, że kochają swoje 90 kg (jeśli to jednak prawda - wyprowadźcie mnie z błędu!). Kiedyś ważyłam o wiele więcej i po utracie ponad 10 kg czuję zdecydowaną różnicę. Nie chodzi mi o dążenie do magicznych 49 kilogramów, ale osiągnięcie optymalnej wagi dla zdrowia (prawidłowego BMI). Myślę, że otyłość, to suma wielu zaniedbań i wyborów. Oraz że każdy wybiera to, jak wygląda.

Jeśli chcesz przeczytać wstrząsającą historię kobiety, która pozwoliła się utuczyć swojemu facetowi do wagi 375 kilogramów, sprawdzić jak to możliwe oraz jakich sposobów używał ten człowiek, poznać sposób na obudzenie atrakcyjności seksualnej w otyłych kobietach oraz zadać sobie ważne pytanie: ile, my kobiety, jesteśmy w stanie znieść, żeby się podobać mężczyźnie? - zapraszam do dalszej lektury artykułu.

MEDIALNY BALAST O ROZMIARZE XXL
Dzisiejszy świat jednoznacznie określa to, co jest atrakcyjne. Najbardziej pożądany jest bliżej nieokreślony rozmiar „zero”, smakowite 36, czy urocze XS. Media kreują model anorektycznie chudej, wysokiej, pewnej siebie kobiety, który niestety rozmija się z tym, co w większości widzimy na ulicach. Przez szereg lat całkowicie zmieniał się pogląd na nadwagę - przecież kiedyś to tylko puszyste kobiety były utrwalane na płótnach, a w naszej, europejskiej kulturze otyłość była oznaką dobrobytu i wysokiego statusu społecznego. W latach 50. królowały miękkie linie i pełne kształty, a Marylin Monroe do dziś jest uosobieniem seksu, choć nie należała do najszczuplejszych.
Natomiast współczesne kanony piękna są bezlitosne. W dzisiejszych czasach - w świecie, gdzie nawet szczupłe dziewczyny bezustannie się odchudzają - życie osoby z nadwagą jest koszmarem. Często boryka się ona z niskim poczuciem własnej wartości, świadomością, że jest gorsza, brakiem akceptacji ze strony społeczeństwa i ma ona wieczne problemy z ubieraniem się w modnych sklepach. 

Bardziej cierpią otyłe kobiety, niż otyli mężczyźni, gdyż w stosunku do panów tolerancja społeczeństwa jest o wiele większa (wynika z publikacji w International Journal of Obesity). Wystarczy, że kobieta przytyje kilka kilogramów, to już pojawiają się bolesne komentarze, że nie dba o siebie. Gdy mężczyzna nieco sobie pofolguje - kwituje się to pobłażliwym uśmiechem, że rośnie mu mięsień piwny.

W telewizji, w Internecie i w gazetach dla pań są wymieniane setki sposobów jak bezboleśnie schudnąć. Spoty reklamowe obiecują zrzucenie kilogramów dzięki płatkom kukurydzianym i magicznym tabletkom, sklepy zajmujące się telesprzedażą, obiecują zniwelowanie brzuszka dzięki wibrującym pasom, a w Internecie można spotkać zachętę do kupna odchudzających płyt do słuchania, które działają na podświadomość i mają powodować zmniejszenie łaknienia. Sposób na bycie szczupłym też jest dobrze sprzedającym się towarem, bo przecież nikt nie chce być grubasem... 
Od niedawna kobiety puszyste zaczynają walczyć o zaistnienie w świecie mody, dopiero teraz zaczynają się zmiany, do sklepów kupowane są manekiny w rozmiarze 40, a na wybiegach pojawia się coraz to więcej krągłych modelek. Wiele kontrowersji wzbudziła kilka lat temu kampania reklamowa pewnego brazylijskiego jogurtu. Wystąpiły w niej dość atrakcyjne, ale otyłe kobiety. Zdjęcia pokazują trzy dobrze nam znane sceny z kultowych filmów - American Beauty, Słomiany wdowiec i Nagi instynkt, gdzie zamiast szczupłych seksbomb, są kobiety o pełnych kształtach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie hasło reklamowe: „Zapomnij. Gust facetów nigdy się nie zmieni. Fit Light Yogurt”.

poniedziałek, 10 lutego 2014

DIY Couple/Love Journal - prezent last minute na Walentynki

Gdyby się tak zastanowić to zazwyczaj daleko mi do romantyzmu. Walentynki też nie znaczą dla mnie wiele, ale od początku związku nosiłam się ze stworzeniem takiego czegoś. Jestem dziewczyną, która od 12 roku życia namiętnie pisze pamiętniczki, otacza się notesami i ciągle czuje potrzebę archiwizacji pewnych rzeczy. Tak po prostu, lubię wspominać dobre rzeczy.

Moja przyjaciółka ostatnio pochwaliła się "pamiętniczkiem*" związku, który razem z chłopakiem sukcesywnie uzupełniają. Muszę przyznać, że na początku byłam sceptyczna, ale jak zerknęłam do środka, to były tam ich prawdziwe, systematyczne zapiski. Od jakiegoś czasu zbieram bilety i bzdurki, które upamiętniają poprzednie miesiące naszego związku... licząc na to, że kiedyś wkleję je do jakiegoś zeszytu. Jeden ckliwy pamiętniczek już mi wystarczy, więc chciałabym zrobić coś, co zarówno mnie, jak i Brodaczowi sprawi radość. Na Instagramie Medianne wpadłam na Wreck This Journal, który bardzo mnie zainspirował! Jednak poza wyzwalaniem kreatywności i dobrą zabawą, myślę, że niewiele oferował. Pomyślałam, żeby zrobić kreatywny notes, dzięki któremu kobieta i facet mogą się o sobie nauczyć nowych rzeczy :) Bez patosu, ckliwości i cytatów Coelho... Przede wszystkim żebyśmy za jakiś czas pamiętali, jakie fajne rzeczy robiliśmy razem.

Efekty możecie zobaczyć poniżej.

U mnie jest to zeszyt B5, 160 kartek. Lepiej wybrać ten szyty, a nie klejony, bo jak będziecie wklejać różne rzeczy, to objętość kartek niebezpiecznie się zwiększy. Okładka miękka, ale nieistotna, bo zakleiłam ją czarnym papierem, bo bardzo podobają mi się takie notesy. Pozostaje tytuł... a że po angielsku wszystko lepiej brzmi proponuję "Love Journal" albo "Couple Journal". Oczywiście można zatytułować zeszyt "Nasz rok", "Nasza Kronika" czy "Słodkie Życie Misiaczków" ;)

  • Potrzebne będą: artykuły papiernicze z podstawówki, które pewnie gdzieś leżą na dnie szuflady. Klej, nożyczki, kredki, farbki, pędzle, flamastry... wszystko!
  • Mile widziane zgromadzone wspólne pamiątki typu: bilety do kina/teatru/opery (zazwyczaj się je zachowuje "na pamiątkę", a w rzeczywistości gdzieś się plątają... teraz jest okazja je gdzieś upchnąć na zawsze), etykietki, pocztówki, reklamy, ulotki, wycinki z gazet.
  • Jest to fajne miejsce na ulokowanie wspólnych zdjęć, jeśli nie ma się albumu z prawdziwego zdarzenia, tylko pliki w komputerze z dziwnymi numerycznymi nazwami. Lepiej w żurnalu, niż nigdzie.
  • Jeśli macie insta, to macie źródło świetnych zdjęć, które dobrze wyglądają w takiego rodzaju kolażach. Wystarczy wkleić je w Wordzie na stronę A4, zapisać i zanieść do punktu ksero do kolorowego druku. Koszt wydrukowania jednej kolorowej strony to około 2 złote, a są to drukarki laserowe, więc wydruk nie rozmaże się np. pod wpływem kleju. Na jednej stronie zmieści się kilka, a nawet kilkanaście zdjęć. 
  • Nie masz ładnego charakteru pisma? Wydrukuj nagłówek. Nie masz drukarki? Wytnij z jakiejś gazety. Tutaj niczego nie da się zepsuć. Nie masz zdjęć albo pieniędzy, żeby je wywołać? Weźcie stos gazet i urządźcie Wasze przyszłe mieszkanie. Dowiesz się, że chciałby mieć świnkę morską, a Ty psa. Zastanówcie się gdzie byście chcieli razem wyjechać. Co chcielibyście razem ugotować? Jakie filmy obejrzeć? Wymyślcie jakąś grę, zagrajcie w kółko i krzyżyk, napiszcie "instrukcję obsługi w razie śmiertelnego focha", kalendarium ważnych dat (i nie będzie mógł zapomnieć o rocznicy pierwszej randki, ha!)... nieskończenie wiele możliwości! Wystarczy, że spojrzycie na pomysły Wreck This Journal, spróbujecie o nich pomyśleć w kontekście Waszego Couple Journal i już będziecie wiedzieli co z nim zrobić!
  • Odrysujcie swoje dłonie, pomażcie się farbą i odciśnijcie twarze. Przyklejcie papierki po wspólnie zjedzonych słodyczach. Ma to Wam sprawiać radość.
  • Napiszcie do siebie list i zaklejcie go w kopercie, którą wkleicie do żurnala. Otwórzcie za rok albo 5 lat. Narysujcie coś dla siebie, napiszcie co w sobie najbardziej lubicie, napiszcie wspólną rymowankę/piosenkę/wiersz. 
  • (tu można wpisać milion innych możliwości, ale z pewnością sami wpadniecie na lepsze!).
Wydaje się Wam dziecinne?




niedziela, 9 lutego 2014

Travelove: Maroko - inny świat

W Maroku byłam dwa lata temu. Podróżowałam po wielu państwach Arabskich, ale w końcu nadszedł czas na Afrykę północno-zachodnią. Muszę przyznać, że bardzo ekscytowałam się trzecim zaliczonym przeze mnie kontynentem. Całkiem inne doświadczenie, choć wiele rzeczy było bardzo podobnych. 

Pojechałam z dwiema koleżankami (wśród nas była jedna blondynka), co miało swoje złe i dobre strony. Zapraszam na garść zdjęć z podróży!

Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego wcinałam zupę ze ślimaków, jak to się stało, że szukałam o 2 w nocy struny do gitary, chcecie zgubić się w medynie, sprawdzić jak noszą się modni Arabowie oraz dowiedzieć się dlaczego celnik nie chciał mnie wpuścić do Maroka, to zapraszam :) Mam nadzieję, że trochę Was zagrzeją te zdjęcia!



1. Początek podróży nie był łatwy - na lotnisku marokański celnik nie chciał nas wpuścić do kraju, gdyż nie znałyśmy jeszcze miejsca naszego pobytu. Uzupełnianie karty wjazdowej bardzo nas zestresowało, tym bardziej, że chyba nikt z tego samolotu nie miał podobnego problemu. Nerwy o 4 rano i niezrozumiały potok słów po francusku (niestety nie znam tego języka, a w Maroku jest drugim językiem, niewiele osób zna angielski bardziej, niż określone formułki dla turystów) nie był krzepiący. Przy trzeciej próbie rozmowy po angielsku wpisałyśmy nazwę miejscowości, w której się zatrzymamy i jakąś wymyśloną nazwę hotelu, która - o dziwo - wystarczyła.


2. Jak to w kraju arabskim (wyznawana religia islam 99,6% społeczeństwa) obok półnagich turystek na plaży można zauważyć kobiety ubrane w tradycyjny sposób, noszące dżelaba (długa szata z kapturem, którą noszą zarówno kobiety, jak i mężczyźni) i hidżab (chusta zasłaniająca włosy, uszy i szyję). Ortodoksyjne kobiety również kąpią się w specjalnych strojach zasłaniających ciało nazywanych hasema.


3. Marrakesz pozostawił we mnie wspomnienie niesamowitego placu Dżemaa el-Fna, gdzie były tysiące ludzi, nawet po północy. Zazwyczaj mam szczęście być w krajach arabskich w czasie ramadanu, zwłaszcza wtedy życie rozkwita dopiero nocą. Jest to miesiąc postu, bo każdy muzułmanin, który skończył 10 lat, nie może od świtu do zmierzchu przyjmować pokarmów, pić, kłamać, palić tytoniu, ani uprawiać seksu. W czasie ramadanu muzułmanie spożywają dwa posiłki - iftar (po zachodzie słońca) i suhur (przed świtem). W momencie zachodu słońca rozpoczyna się modlitwa, a później np. na ulicach i targach rozwijane są koce i dywany, rozkładane naczynia i jedzenie. Muzułmanie siadają i wszyscy razem spożywają posiłek. Życie kwitnie nocą, a za dnia bardzo rzadko można kogoś uświadczyć na ulicach, cisza i spokój. Niestety pod koniec ramadanu, muzułmanie często są zmęczeni i podenerwowani. A poszczą, bo wierzą, że uchroni ich to przed karą Allacha.

Na Dżemaa el-Fna była masa straganów, wyciskaczy świeżych soków (widać w tle na zdjęciu poniżej), opowiadaczy (również w dialektach berberyjskich), zaklinaczy węży, fakirów, żonglerów, właścicieli tresowanych małpek oraz niezliczona ilość stoisk ze street foodem. Spróbowałam gotowanych ślimaczków-winniczków w pieprzno-słonej zupie.



4. Essaouira - w latach 60. mekka hippisów dziś zachęca świetnymi warunkami do surfingu. Prawda życiowa: work sucks, go surfing!



5. W każdej medynie (starej dzielnicy w arabskich miastach, która ma bardzo bliską i ścisłą zabudowę) urzekała mnie prawdziwość dotykanego życia. Widziałyśmy arabów kupujących produkty pierwszej potrzebny, niezbędne do normalnego życia, ślad turystów był tylko na obrzeżach w sklepach z pamiątkami. W głąb medyny niewielu europejczyków się zapuszczało, bo bardzo łatwo było się zgubić. Na szczęście Marokańczycy byli bardzo pomocni w momentach kryzysowych. Wyżej mamy sklep mięsny i jego żywy asortyment, czekający na swoją kolej...

czwartek, 6 lutego 2014

Kobiecość: Piękno vs. atrakcyjność seksualna

xx | via FacebookNie umiem sobie radzić ze zmianami w życiu. Wiem, że kiedy przyjdzie starość, pojawią się zmarszczki i zwiotczała skóra - będzie to dla mnie trudne. Być może to dlatego, że zbyt dużą wagę przykładam do mojego wyglądu zewnętrznego. Ciągłej walki o mniejszy obwód w biodrach, ładnie wyeksponowany biust stanikiem z niebotycznym wypełnieniem, obcisłymi ubraniami, wysokimi obcasami i czerwoną szminką, w której czuję się, jakbym prosiła o pieniądze. Kto mnie oszukał, że to uczyni ze mnie piękną kobietę? Czasem, idąc na imprezę, czuję się po prostu przebrana. Mózg podpowiada mi, że powinnam się czuć pięknie, bo przecież mam te wszystkie atrybuty piękna. Dziesięciocentymetrowe szpilki, krótką sukienkę, push-up, gołe plecy. Ale to tak nie działa.

W obcasach się niewygodnie tańczy, szminka zaraz będzie migrować po mojej twarzy, a krótką sukienkę będę musiała co chwilę obciągać i przez to ani na chwilę nie poczuję się komfortowo w tańcu.

Po co mi ta cała otoczka i próba upodobnienia się do "propozycji imprezowych" podpatrzonych w jakimś Joy'u czy innym Cosmopolitanie w czekaniu na jakieś zajęcia fitness? Po co chcę wystawić siebie na tacy, krzyczeć o zauważenie, walczyć o aprobatę kogoś, na kogo zdaniu mi nie zależy? Do klubów nie chodzę, bo zawsze jak szłam tam z koleżankami, czułam się jak zwierzyna. I sama zachowywałam się jak ta zwierzyna, bo ktoś kiedyś wtłoczył mi do głowy, że najlepiej się będę bawić w świetnych ciuchach i wysokich butach. Wcale nie chciałam być "upolowana", ale dałam się wtłoczyć w dyktat miejsca. Mocny makijaż, odlotowe ciuchy, wysokie szpilki. Nawet jeśli ktoś mnie chciał "wyrwać", to uciekałam. Nie chciałam nawiązywać znajomości w klubach, bo każda wizyta w toalecie gdzie jakaś para uprawiała seks w toalecie, uświadamiała mnie po co takie znajomości są. Więc po co tam chodziłam? Bo dałam się oszukać, że szalone studentki tak się bawią. I znowu to nie byłam ja.

Teraz kiedy wybieram się na imprezę, najlepiej czuję się w tenisówkach, legginsach i jakiejś tunice. Włosy koniecznie związane, żeby nie przeszkadzały, a makijaż nieważny, bo i tak spłynie. A najbardziej liczy się to, że tańczę to, co lubię. I że tańczę z nim. Wtedy czuję się pięknie. I to piękno bierze się stąd, że to są te chwile, kiedy czuję się wspaniale sama ze sobą.

Piękno jest bardzo śliskim tematem.
A to dlatego, że poruszamy się pomiędzy tym idealnym-duchowym aspektem piękna (lubię to, jaka jestem) i atrakcyjnością seksualną (jestem gorącym kąskiem, każdy ma na mnie ochotę).

Za atrakcyjnością seksualną kryją się dwie rzeczy:
  • atawizmy
  • wizerunek kreowany przez media
Ewolucyjnie zrozumiałe jest, że wszystkich ciągnie do atrakcyjnych fizycznie ludzi. Piękny biologicznie osobnik, to ten, który jest zdrowy, ma silne geny, jest dobrym kandydatem (kandydatką) do przedłużenia gatunku. Wielu naukowców próbowało wyjaśnić dlaczego dla mężczyzn kobiece piersi* są tak atrakcyjne - jedna z teorii mówi, że twarz, usta, dłonie w pobliżu ciepłej kobiecej piersi przywołują błogie wspomnienie z dzieciństwa - bliskość matczynej karmiącej nas piersi. Niesie ze sobą relaks, spokój, ciepło, wyciszenie. Inne mówią o tym, że piersi, to znak seksualnej dojrzałości i gotowości na rozmnażanie, a jeszcze inne twierdzą, że piersi wykształciły się w procesie ewolucji, żeby mężczyźni zwrócili uwagę na "przód" kobiety i chcieli uprawiać seks twarzami do siebie. Kiedy ludzie zaczęli chodzić na dwóch nogach, z przodu kobiety nie miały atrybutów seksualnych, podczas gdy w postawie czworonożnej najważniejszym atrybutem były pośladki. Niemniej pamiętajmy, że to tylko echo sprzed tysięcy lat, a bycie człowiekiem do czegoś zobowiązuje.

BohoWspółczesny wizerunek kobiety w mediach jest adresowany bezpośrednio do mężczyzn. Być może dlatego, że na nich najprościej zadziała mechanizm bodziec-reakcja, najłatwiej jest odnosić się do najsilniejszych, pierwotnych instynktów, jakim jest rozmnażanie. Kiedyś faceci mieli okazję zobaczyć podniecającą seksualnie kobietę tylko w swoim łóżku lub w pisemkach dla panów. Dziś jest to możliwe wszędzie - nie tylko w miejscach imprez i na ulicy, ale również w gazecie, telewizji, reklamie hamburgera, reklamie samochodu, na billboardach, w gazetkach reklamowych, w sklepach odzieżowych, na co trzeciej stronie w Internecie czy na ulotkach. Wszędzie. Wszystkie panie są podane w niebywale atrakcyjny i apetyczny sposób - wymyślone ciała, wymyślone okoliczności. Najlepiej sprzedają się hasła reklamowe zawierające podteksty seksualne, a najlepiej klikają się w Internecie tytuły, które nimi ociekają. Ostry makijaż, idealna sylwetka, duże odsłonięte piersi... nie ma rady. Zawsze działa, a nawet jeśli nie działa, to przyciąga uwagę. Są pożądane. Przekazy pośrednio adresowane są również do kobiet. Bo my również chcemy ruszać facetów i chcemy być pożądane. Dążymy do niedoścignionego ideału, po to, żeby być lepsze od kobiet, które nie istnieją. Które są chorym wymysłem grafika. Może przez to jesteśmy chore na perfekcję? Kiedyś pokazanie kolana było bardzo odważne... a dziś? My, kobiety, co jeszcze mamy pokazać, żeby podkręcić facetów bardziej, niż panie z telewizji czy filmów dla dorosłych? Musimy być oczywiście najbardziej wyzwolone jak tylko się da, a w łóżku musimy robić wszystko, co im się zamarzy. Sięgnę po kolejne badania - dowodzą one, że ten od lat utrwalany wizerunek kobiet w mediach wywołuje u mężczyzn zmniejszone zadowolenie ze związku z obecną partnerką, mniejsze zaangażowanie w związek, instrumentalne traktowanie kobiet i akceptację przemocy. 

KŁAMSTWO WSPÓŁCZESNOŚCI

Myślę, że współczesna kultura (zwłaszcza komercyjna) bardzo się zagalopowała. Wszystko musi mieć olśniewające opakowanie. Nie dość, że po wybiegach paradują aniołki VS, które mają idealne ciała, to Photoshop przychodzi z pomocą i może poprawić nawet coś, co nie wymaga poprawek. Wraz z rozwojem techniki brniemy w życie w kłamstwie. Potrawy w kartach dań są fotografowane w studiu, z odpowiednim oświetleniem, podrasowywane w programach graficznych. Produkty przedstawiane na opakowaniach bardzo różnią się od tego, co znajduje się w środku. Nawet warzywa modyfikuje się genetycznie, żeby były bardziej dorodne, a potem jeszcze podkręca kontrast w gazetce reklamowej. Wszystko po to, żeby sprzedać produkt.

Ale czy my jesteśmy produktem? Czy nas i naszą kobiecość mamy sprzedawać?
Mam wrażenie, że nasz świat robi nas w balona.

Lanie lukru

UntitledDzisiaj troszkę nietypowo... ale uwaga, bo będzie dużo lukru i słodyczy. Kto ma na nie alergię (bądź jest na diecie) - polecam ten post pominąć ;)

Pierwszego posta napisałam pod koniec listopada ubiegłego roku, więc można powiedzieć, że bloguję dopiero nieco ponad dwa miesiące. Nie jest to moje pierwsze miejsce w sieci, ale pierwsze, w którym jest mi tak dobrze. Wiele razy rozpoczynałam coraz to nowe blogi, ale wprawdzie nie wiedziałam po co i dla kogo piszę... Dlatego nie miałam ani motywacji, ani odbiorców. Okazało się, że tutaj uzbierałam grono świetnych stałych czytelników. Bardzo cieszy mnie to, że komentarze, które tutaj zostawiacie, są bardzo wartościowe oraz że często pomagacie w nich sobie nawzajem.

Kilka bardzo lubianych przeze mnie blogerek (którym serdecznie dziękuję!) zarekomendowało mojego bloga na swoich stronach, dzięki czemu udało mi się trafić do większego grona czytelników. Wyobraźcie sobie radość szaraczka blogowego, który widzi odnośnik do swojej strony, na blogu, który czyta z uwagą od miesięcy :) Przy okazji tego mogłam się naczytać wielu ciepłych zdań o tym moim zakątku internetów. 

Niedawno stuknęło mi 20 tysięcy odsłon i chociaż dla blogerek z dłuższym stażem może być to pestka, to ja jestem niesamowicie szczęśliwa! To dopiero początek przygody z blogowaniem, ale ten początek przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Mam nadzieję, że dalej ze mną będziecie oraz że kolejne posty i tematy Was zainteresują :)

Dziękuję!

poniedziałek, 3 lutego 2014

Chorzy na nieśmiałość

AwwGdybym miała w skrócie powiedzieć czym jest dla mnie nieśmiałość, to jest to dla mnie więzienie, do którego sami się wtrąciliśmy i wcale nie chcemy z niego wyjść. Jest nam tam wygodnie, mamy swoje "bezpieczne minimum", ale gdy pomyślimy o rzeczach, które nas przez to omijają, powinno nam się zrobić zwyczajnie głupio. Z nieśmiałością zmaga się niejeden z nas, trudno o konkretne dane, ale podobno aż 4 osoby na 10 zmagają się z tą cechą. Bardzo często wiąże się ona z niskim poczuciem własnej wartości. Specjalnie piszę "zmagają", bo mimo stosów książek*, setek artykułów i dziesiątek video poradników, wciąż są osoby, które określają się jako nieśmiałe i przeszkadza im to w codziennym życiu. Bo na przypadłość, jaką jest nieśmiałość, nie ma jedynej słusznej recepty. 

Jakiś czas temu bardzo interesowałam się pojęciem nieśmiałości, bo chciałam "poznać swojego wroga". Moja nieśmiałość nie jest typowa, bo bardzo lubię towarzystwo ludzi, uwielbiam poznawać nowe, wchodzić w kolejne grupy koleżeńskie i rozmawiać z nieznajomymi. Moja nieśmiałość objawia się w trakcie wystąpień publicznych lub jakiegokolwiek zabierania głosu wśród ludzi, którzy dobrze się znają, a ja ich nie.

Nieśmiałość pojawia się wtedy, kiedy odczuwamy lęk przed ludźmi, którzy mogą być emocjonalnie zagrażający (obcy, nieprzewidywalni, decyzyjni, władczy albo osoby odmiennej płci, które nam się podobają). Utrudnia poznawanie nowych ludzi i zawieranie przyjaźni. Sprawia trudności przy wyrażaniu własnego zdania i walki o swoje prawa, upośledza świadomość naszych mocnych stron, powoduje obniżenie poczucia własnej wartości, stany lęku, a nawet depresję. Wywołuje w naszym organizmie "panikę", która w spotkaniu z "osobą zagrażającą" powoduje osłabienie procesów uwagi, osłabia pamięć, utrudnia myślenie i artykulację myśli. Dodatkowo osoby nieśmiałe nadmiernie skupiają się na swoich reakcjach fizjologicznych (rumieńce, przyspieszone tętno, "zimne poty", drżenie rąk, nadpotliwość, mdłości, ból brzucha, paraliż, śwąd skóry), często nakręcając się i generując kolejne, podczas gdy osoby nie-nieśmiałe traktują je jako drobną niewygodę. Czy czasami...
  • masz wrażenie, że każdy wyśmiewa cię za twoimi plecami,
  • w kontaktach z innymi czujesz skrępowanie, zażenowanie i zdenerwowanie,
  • projektujesz negatywną ocenę (wyrażając swoją opinię, już w głowie słyszysz, co o tym myślą inni),
  • masz poczucie beznadziejności i rozczarowanie sobą,
  • masz blokadę komunikacyjną,
  • wycofujesz się z kontaktów towarzyskich, trzymasz dystans, rezerwę i cechuje Cię podejrzliwość,
  • odczuwasz napięcie w czasie spotkań towarzyskich,
  • w towarzystwie milczysz lub wręcz przeciwnie - "paplesz" jak najęty bez sensu,
  • odczuwasz stany smutku, depresji.
Masz wrażenie, że to o Tobie?

Jeśli tak, to super. Mam dla Ciebie świetną wiadomość - nikt z nas nie "rodzi się" nieśmiały. Tą cechę nabywamy z wiekiem (więc równie dobrze możemy się jej pozbyć). 

ZASTANÓW SIĘ SKĄD TA NIEŚMIAŁOŚĆ?
Być może w dzieciństwie miałeś sytuacje, kiedy ktoś się z Ciebie wyśmiewał, nabijał, żartował z tego, co powiedziałeś, a co było dla Ciebie ważne. Może byłeś uciszany, tłumiony, nie słuchano cię z uwagą albo zawsze próbowałeś się podporządkować innym i po prostu nie miałeś okazji, żeby "być sobą". Teraz życie stawia przed tobą nowe wyzwania. To, że kiedyś coś poszło nie po twojej myśli, nie znaczy, że tak będzie również tym razem.

KIEDY JESTEM NIEŚMIAŁY?
Trzeba sobie uświadomić, że nieśmiałość nie dominuje całego Twojego życia, tylko zagnieżdża się w pewnych jego obszarach. Bo przecież nie jesteś nieśmiały w stosunku do mamy, której mówisz, że wolisz buraczki do obiadu, zamiast kapusty. Nieśmiałym jest się w pewnych obszarach. Możesz panicznie bać się umówić na randkę z ładną dziewczyną, możesz być nieśmiałym w czasie występów publicznych, możesz bać się zapytać obcej osoby o drogę.

A jak się pozbyć nieśmiałości?

sobota, 1 lutego 2014

Mój facet mnie nie szanuje!

Katniss | via Tumblr
Co jakiś czas lubię zajrzeć na kobiece fora i poczytać z jakimi problemami zmagają się ludzie w związkach. Zauważyłam, że bardzo często przewija się temat: "Mój chłopak mnie nie szanuje", "Toksyczny związek", "Co zrobić, żeby mój facet zaczął mnie szanować?". Otwieram takie posty, czytam uważnie i przecieram ze zdziwienia oczy. Nie dlatego, że nie wierzę w to, że ktoś tak może traktować swoją kobietę, ale dlatego, że te wszystkie te historie są bardzo do siebie podobne. I tak bardzo podobne do mojej. 

I nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo wstydzę się tak bardzo obnażyć przed Wami, ale myślę, że jeśli choć jednej dziewczynie tkwiącej w toksycznym związku dam przez ten tekst do myślenia, to warto.

Teraz jak o tym wszystkim myślę, to mam wrażenie, że było to sto lat temu, że już zupełnie zapomniałam. Zaraz potem orientuję się, że wcale nie i że byłam strasznie głupia i śmieszna w tym wszystkim. Dopiero potem zwyczajnie się cieszę, że odeszłam od niego i że teraz jestem szczęśliwa. Ale o tym później... Chciałabym po prostu się nad tym wszystkim zastanowić. Bez moralizowania i bez patosu. Każda z nas sama wybierze drogę.

Na początku każdej historii jest bajka, motylki i uczucie szczęścia. Jest to też ten czas, kiedy jedna i druga strona udaje, starając się być najlepszą wersją samych siebie. Zaczyna się psuć dopiero po jakimś czasie, ale tak niezauważalnie, że wszystko wydaje się być w granicach normalności. Bo przecież wszystkie pary się kłócą, każdy poradnik tak mówi. Burze przemijają, zapuchnięte oczy wysychają, przepraszamy się nawzajem i wszystko wraca do normy. Niestety niektórych rzeczy nie leczy słowo "przepraszam" i mimo że wszystko wraca do normalności, gromadzi się w nas żółć, która nas zatruwa. Najpierw atakuje nasze poczucie własnej wartości, potem poddaje w wątpliwość naszą samodzielność, a potem sprawia, że w ogóle nie możemy uważać się za szczęśliwe. Dochodzi do tego, że zaczynamy same siebie nienawidzić.

Związek dwóch osób powinien polegać na miłości. Wzajemnym wspieraniu się, szanowaniu, pomaganiu i pragnieniu dobra drugiej osoby. Ten typ związku, który tutaj opisuję, daje tylko tego iluzję, a prawdziwej miłości nie przypomina nawet w małym procencie.

ZACHOWANIA, KTÓRE MIŁOŚCIĄ NIE SĄ:
  • Nie szanowanie cię - dla mnie jakiekolwiek wyzywanie się jest oznaką braku szacunku. Nawet w złości nikt nie ma prawa wyzywać mnie od debili, osób ułomnych czy idiotek, ja do nikogo tak nie mówię i nikt nie ma prawa tak mówić do mnie. Zwłaszcza osoba, która mówi, że mnie kocha. Uważałam tak zawsze, ale musiałam zmienić zdanie na czas trwania tego związku. Przekonał mnie, że w gniewie można powiedzieć wszystko, wyciągnąć każdy brud z przeszłości i wjechać na największe kompleksy. On tak robił, to i ja po jakimś czasie się nauczyłam.
  • Wywoływanie w tobie poczucie winy - wszystkim kłótniom jesteś winna tylko ty, a on łaskawie może tylko ci "wybaczyć". Bo to ty zawsze jesteś ta zła, ty zawalasz i ty nie starasz się wystarczająco. Wszystkiemu są winne twoje rozchwiane humory i nieogarnięcie. A on był zdenerwowany, więc miał prawo wszystko powiedzieć.
  • Przepraszam wystarczy - może zdarzyć się tak, że jest typem, który za każdą kłótnię przeprasza. Najpierw zgnoi, ale potem przeprasza i uważa, że wszystko "jest na zero", bo przecież przeprosił. Przecież przeprosiłem, czego jeszcze chcesz? Nie masz prawa być smutna, rozgoryczona czy nawet zmęczona. A jak już przyniesie kwiaty, to jak ci nie przejdzie, jesteś po prostu niewdzięczna.
  • Ograniczenie waszego świata do jego osoby - twoje zainteresowania, praca, przyjaciele zawsze są mniej ważni, niż on. Najlepiej, żebyś siedziała w domu, nie miała żadnych zainteresowań i była na każde jego skinienie. Najlepiej, żebyś była taka, jak on sobie ciebie wymarzył.
  • Chora zazdrość - jeśli nie możesz pomalować ust mocną szminką, uśmiechnąć się do przechodnia na ulicy, ani tym bardziej mieć jakichkolwiek kolegów. Kiedy za każdym późniejszym powrotem zaczyna się litania: z kim byłaś i dlaczego nie z nim?
  • Manipulacja - jeśli już wiesz, że nie chcesz z nim być, przychodzi czas, żeby się rozstać. W obliczu tego może być słodki jak miód, obiecywać poprawę, błagać na kolanach, szlochać, zapewniać, że jesteś jedynym dobrem w jego życiu i jedynym szczęściem, na które nie zasługuje. Jeśli się nie złamiesz może wytoczyć kolejne działa pod tytułem: "zniszczę cię". Zaczynają się groźby, że rozpuści plotki na twój temat, zrobi ci koszmar w Internecie, sprawi, że wszyscy się od ciebie odwrócą... i co robisz ty? Łamiesz się i z powrotem jesteście razem.
  • Wciąga cię w psychodramaty - kłótnie i rozważania o rozstaniu mogą kończyć się psychodramatami. Jeśli odejdziesz, to się zabiję. Jeśli dalej będziesz na mnie zła to się potnę. Rzucę się pod samochód. Gorzej, jak wiesz, że masz do czynienia z osobą, która jest tak gwałtowna, że naprawdę mogłaby to zrobić. W dobrym związku nie ma miejsca na noże i krew, a zapewnienia jego przyjaciół: "on jest chory", również nie wróżą niczego dobrego.
  • Celowe obniżanie twojego poczucia własnej wartości - ciągłe porównywanie do fajniejszych/ładniejszych koleżanek, odkrycie i wykorzystywanie w zły sposób twoich kompleksów. Jeśli przy mężczyźnie nie błyszczysz, widzisz tylko swoje wady, to nie bierze się to z kosmosu. Słowami rzucanymi w gniewie również można poorać kobiecość.
  • Wywołanie przeświadczenia, że bez niego nic nie znaczysz - kolejny przykład wjechania na psychikę. W każdej kłótni sprawia, że czujesz się jak śmieć i buduje w tobie przekonanie, że jesteś nikim. Że znaczysz coś tylko w połączeniu z nim. Że tylko z nim możesz zrobić fantastyczne rzeczy, a sama nie dasz rady. Powtarza, że bez niego sobie nie poradzisz, że nic nie potrafisz i sama zginiesz w tym świecie.
  • Przemoc psychiczna, fizyczna i seksualna - dla takich rzeczy nie ma wytłumaczenia, nie ma znaczenia czy ktoś był zdenerwowany, czy pijany. Na szczęście czasy kobiet, które pokornie znoszą tyrana w domu, mam nadzieję mijają. Nikt nie ma prawa cię krzywdzić, zwłaszcza osoba, z którą jesteś.
Jest kilka rzeczy, które nawet bez występowania powyższych zachowań powinny wzbudzić czujność. Jeśli rozstajecie się i wracacie do siebie ciągle, jeśli nie czujecie się z nim szczęśliwe, jeśli nie sprawia, że jesteś piękna, bezpieczna i kochana. Jeśli nie wyobrażasz sobie z nim wspólnego życia w przyszłości, lub nie widzisz go jako ojca swoich dzieci. Jeśli nie szanuje swojej matki i jeśli twoi przyjaciele (prawdziwi) uważają, że to nie jest facet dla ciebie.

Kobietki, nie mamy czasu na to, żeby udręczać się w takiego typu związkach. Szkoda czasu i zdrowia na relacje, które nas wyniszczają.