sobota, 25 października 2014

Wystrojona czuję się źle


Bardzo trudno przekonać mnie do tego, bym pomalowała na czerwono usta. Tak samo trudno, jak do tego, żebym ubrała do trencza czarną fedorę. I do tego, żebym do krótkiej spódnicy i czarnych rajstop w kropki ubrała zakolanówki. Już nie mówiąc o wysokich szpilkach... Kiedy jestem wystrojona, czuję się przebrana i nie podoba mi się oceniający wzrok innych. A kiedyś było zupełnie inaczej...

Mieszkając w Krakowie, mieście uniwersyteckim, po ulicach wędrują setki studentek, zwłaszcza w okolicach centrum. Są piękne, zadbane, codziennie bezbłędnie "zrobione". Kiedy studiowałam, też taka byłam. Miałam czas na chodzenie po sklepach i buszowanie po lumpeksach, na wstanie rano i staranny make-up oraz na przemyślenie tego, co będę miała dziś na sobie. Cieszyły mnie zainteresowane spojrzenia kolegów i komplementy, że ładnie wyglądam.

Teraz moja garderoba przeszła diametralną zmianę. Wszystkie sukienki, w których chodziłam nagle zaczęły być "za krótkie", bluzki "zbyt wydekoltowane", a inne ubrania - niepoważne. Przed wyjściem do pracy zawsze próbowałam znaleźć coś arcygrzecznego i zazwyczaj ciągle coś było nie tak. Nawet czerwone paznokcie przestały pasować do czegokolwiek, bo były zbyt krzykliwe. Nakupiłam sobie koszul i spódnic do kolan, grzecznych basicowych sukienek, prostych czółenek i kilka marynarek. To było absolutnie irracjonalne, bo nie pracuję w korpo, tylko w agencji reklamowej, gdzie ludzie chodzą w tenisówkach, klapkach i potarganych jeansach. Dlaczego? Chciałam, żeby mój strój stał się bezbarwny, żeby nie brał udziału w ocenianiu mnie. Żebym nie była wyzywająca, krzykliwa, stara malutka, wyuzdana, wyzwolona, przebrana, kokietująca, staromodna, rozchełstana, lepsza niż inni, hipsterska, seksowna, nie na czasie, obciachowa, wieś śpiewa i tańczy, nowobogacka. Nie chciałam słuchać uwag "Dokąd tak idziesz ubrana, masz randkę?", "Ale się odstrzeliłaś..." i musieć się tłumaczyć z tego, że po prostu miałam rano ochotę ładnie wyglądać. Na spotkaniach z klientami chciałam być w stu procentach bezbarwna, na tyle, żeby wszyscy widzieli tylko to, co mam do powiedzenia. Żeby nikt nie pomyślał, że tym jak jestem "zrobiona" rekompensuję sobie pustkę w głowie albo brak profesjonalizmu.

Kilka razy usłyszałam gorzko wyrzucone słowa, że "ładnym wszystko się udaje", które irracjonalnie były kierowane w moją stronę. Dlatego zrezygnowałam ze strojenia się, podkreślania urody, żeby wszyscy widzieli prawdziwą mnie. Nie podrasowaną szminką, wyższą kilkanaście centymetrów, ze sztuczną pewnością siebie, którą dał mi gwizd na ulicy.

I niby wszystko jest w porządku, ale kiedy widzę koleżanki, które mimo pracy ciągle się stroją, mają zawsze wymalowane paznokcie, nienaganny make-up, ładną fryzurę - w jakiś sposób zazdroszczę. Zmianę tłumaczę brakiem czasu. Tym, że na makijaż mam czas w autobusie, a poranny wybór outfitu jest mega bezpieczny, żeby nie popełnić gafy - spodnie + koszula i mega praktyczny. Samograj, tego nie da się zepsuć. Czuję, że nie tędy powinna iść moja droga.

Będąc na wycieczkach górskich czy na festiwalach też zawsze czułam dziwny wyrzut sumienia, kiedy zabiorę ze sobą zbyt eleganckie ubranie. Bo już widziałam spojrzenia innych typu: "A gdzie ona się wybiera? Na Tarnicę czy do Starbucksa?". Kupiłam kilka bezbarwnych sportowych koszulek i spodni trekkingowych, a potem irytowało mnie to, że nawet nie miałam wyjściowego ubrania do kościoła, bo chciałam być aż tak "sportowa".

Że jednak dużo tracę, będąc bezbarwną i powinnam bardziej podkreślić swoją kobiecość. Nie tylko ołówkowymi spódnicami i czółenkami, ale również mocniej pomalowanym okiem i szminką, kiedy mam na to ochotę. Powinnam przestać odczuwać potrzebę tłumaczenia się z tego, że raz wyglądam lepiej, a raz gorzej. Zacząć nosić biżuterię, a włosy znów zapleść w luźny warkocz, a nie ścisły kok. Wiele się zmieniło, ale powinno się pozostać sobą. 

Świat się nie zawali od tego, że przyjdę do pracy w sukience w kwiatki.

Moda to dla mnie bardzo zagadkowy temat, bardzo często czuję, że mój ubiór jest nieodpowiedni do sytuacji. Mimo że oglądam wiele blogów na YT, oglądam lookbooki, podglądam szafiarki, kupuję rzeczy z sieciówek, poszukuję w lumpeksach... nie wydaje mi się, żeby to wszystko układało się w jedną spójną całość. Moda trochę mnie gubi i przerasta. Bo nie umiem znaleźć "złotego środka". Czy może któraś z Was ma również taki problem? A może macie miejsca, gdzie mogłabym zasięgnąć rady (blogi, vlogi, książki)?

25 komentarzy:

  1. Szczerze zjawisko takiej 'przebieranki' trochę mnie dziwi tzn. dobrze jeśli te osoby dobrze czują się w takim wydaniu, ale gorzej kiedy robią to pod publikę bo Kasia, Basia i Zosia też się tak nosi i takie trendy są teraz na czasie. Najważniejsze to znaleźć swój sposób na siebie i odpowiedź czy wolisz być sobą czy dostosowywać się do ogólnie przyjętych zasad, iść pod prąd i udowadniać, że nie szata zdobi człowieka. Sama mam to do siebie, że nigdy nie chciałam wyróżniać się z tłumu podstawa to wyglądać schludnie i stosownie do okazji. Wręcz jak słyszałam porady co mam ubrać to krew mnie zalewała, dziś na szczęście już nie słyszę takich słów, bo tak każdy wie, że wyjdę tak jak chcę a nie muszę mieć cycków na wierzchu czy makijaży a'la drag queen, żeby czuć się dobrze, pewnym siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczególnie jest to przykre, że od najmłodszych lat wpaja się zasady wyglądaj tak 'tap model', jak widzę dziewczynki przebrane w kobiety, nastolatki w szpilakch, wyzywających sukienkach, wymalowane to jestem przerażona tym gdzie ten świat zmierza i co z tego wyrośnie.

      Usuń
    2. Różowa Klara, dzięki za komentarz! Właśnie chyba najtrudniej znaleźć mi ten sposób na siebie. Najczęściej pod względem ubioru chciałabym być bezbarwna, ale sama zdaję sobie sprawę jakie to jest ograniczające. Chętnie oglądam inne dziewczyny oraz to jaki wizerunek i styl reprezentują dzięki sposobowi ich ubierania. Jakoś muszę dojść do ładu z tym wszystkim ;)

      Usuń
  2. Na początek radzę usiąść i wziąć głęboki wdech, bo nigdy wszystkim nie dogodzimy naszym strojem. Za to możemy sobie ;) Mam wrażenie że powoli popadasz w skrajność - od bycia tą za którą każdy się obróci na ulicy bo jest taka piękna do dziewczyny która z chęcią schowałaby się w szafie. Nie ma nic złego z dodawaniu sobie sztucznej odwagi strojem - bo ona potrafi przerodzić się w tę prawdziwą. Jeżeli czujesz że sukienka jest za krótka to taka jest DLA CIEBIE i nie będziesz w niej wyglądać dobrze chociażby nie wiadomo jak próbowała sobie to wmówić. Ale są przecież pół środki - można obcasy założyć do spodni, czerwoną szminkę do klasycznej koszuli, a sukienkę do płaskich butów i dużego swetra. Przestań myśleć o modzie - ona jest tylko konsumenckim produktem, który ma zwodzić nas i dyktować jak powinnyśmy żyć. Zastanów się co tak naprawdę lubisz, zrób porządek w szafie i znajdź swój styl. I on nie oznacza że zarówno idąc w góry jak i do koscioła masz wyglądać tak samo. Ale masz być tą samą dziewczyną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uff, oddycham głęboko i powoli ;) Rzeczywiście, nie ma takiego, kto dogodziłby wszystkim. Jesteś tutaj głosem rozsądku - ogólnie w życiu blisko mi do wielu skrajności - w decyzjach również, bo albo wszystko, albo nic. Ogólnie w wielu sprawach powinnam zainteresować się półśrodkami, bo trochę je ignoruję. A przykłady, które przytaczasz, brzmią bardzo rozsądnie. Dotychczas patrzyłam na rzeczy, które mam na sobie pod względem czysto praktycznym - mam daleko do miasta, rano jak wychodzę jest zimno - więc wybierałam spodnie i koszulę, nawet nie zastanawiając się nad spódnicą, choć wiem, że wyglądałabym lepiej. Trochę dałam się zjeść monotonii i codziennemu kieratowi - wygodniej wcisnąć się w jeansy i t-shirt, niż rano o 6 komponować fajny, stylowy, strój... dlatego też z uwagi na to, z lenistwa często idę po linii najmniejszego oporu. Mówiąc sobie, że jak za rok wyprowadzę się do miasta, będę miała czas się stroić, bo nie będę się musiała zrywać skoro świt. Ale wiem, że tak brzmią wymóweczki ;)

      Usuń
  3. Ja mam dość podobny problem - kiedyś kochałam modę, zakupy i codzienne układanie outfitów; zawsze jak brałam do ręki gazetę to pierwsze co robiłam to przeglądałam wszystkie strony, żeby zobaczyć stylizacje innych; blogi modowe przeglądałam codziennie, to była moja największa miłość, pasja! Moda była bardzo ważna, nie wzorowałam się tylko na trendach, miałam własny styl, często to ludzie podglądali mnie. Dzisiaj jest zupełnie inaczej - nadal podglądam szafiarki, ale jak sama ubiorę coś innego niż bluza i dżinsy to czuję się przebrana. Jak patrzę na moje koleżanki, czy dziewczyny, które mijam w szkole, to chce mi się śmiać; dla mnie one są po prostu przebrane. Moje relacje z najlepszą przyjaciółką się zmieniły, bo ona nadal to kocha, a ja na sam jej widok mam wrażenie, że to wszystko jest na pokaz. Nie chcę z nią już spędzać czasu, bo dla mnie jest po prostu płytka. Zmieniłam najbliższe znajome, bo one dzisiaj są dla mnie puste. Moja szafa tez wygląda inaczej - są tam w większości wkładane przez głowe bluzy, dżinsy. Moje ubieranie się polega na tym, że ubieram np. koszule, bluze albo sweter i dźinsy. Wszystko jest uniwersalne i w żaden sposób się nie wyróżnia. Czuję się dziwnie, ale jakbym nadal była taka jak kiedyś, czułabym się równie źle... Nie wiem już sama co o tym myśleć, czy powinnam to jakoś zmienić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tak samo! Fajnie, że napisałaś, to mam świadomość, że istnieje jeszcze ktoś, kto to ma. U mnie winowajcą w dużej mierze jest brak czasu - bo wstaję bardzo rano, bo rano jest zimno, bo nie mam czasu się ładnie ubrać.

      Poruszyłaś dobry punkt - przebranie ludzi. Moja przyjaciółka również tak jak i Twoja lubi się stroić i pięknie wyglądać, czasem jak spotykamy się na kawie, to ja wyglądam jak korposzczur, a ona jak odpicowana studentka... i stroi się, lubi kupować ciuchy, rozmawiać o nich. Dla mnie to temat, na który zawsze mi szkoda pieniędzy i szkoda uwagi na to, bo mam milion innych rzeczy do ogarnięcia. Czasem się czuję przy niej wybitnie szaro, ale ona ma czas na takie rzeczy (o wiele mniej pracuje) i lubi to. A ja, jak i Ty, zupełnie zmieniłam podejście do mody. Na kimś mi się podoba wiele stylizacji, natomiast jeśli chodzi o to, żeby dla siebie coś ciekawego znaleźć, to albo mi szkoda pieniędzy na ubrania, albo mam wrażenie, że będę się w tym źle czuła. Chyba dla nas obu potrzeba trzeźwego spojrzenia na modę, o którym mówiła wyżej Piesa Trista. Moda jako konsumencki produkt, do którego trzeba podejść na luzie, bo tak naprawdę nic nie zmienia. Jeśli jesteś wartościowym człowiekiem, to taki będziesz w t-shircie z lumpeksu, czy mega drogiego sklepu. Mnie jest trochę źle z tym, że przestałam się ładnie ubierać. Brakuje mi tego.

      Usuń
    2. Tak jak napisałam powyżej, ja również czuję się z tym dziwnie. Jest mi źle kiedy widzę ładnie ubrane dziewczyny, ale z drugiej strony - w momencie kiedy ja mam się stroić też czuję się nie do końca dobrze. Z jednej strony chcę przemknąć niezauważona wśród tłumu, ale z drugiej - męczy mnie to. I najgorsze jest to, że zauważam to w każdej sferze życia, nie tylko tej zewnętrznej.
      Mam nadzieję, że kiedyś znajdziemy dokladny powód naszego problemu, pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Twój wpis bardzo mnie zaciekawił, chociaż nigdy nie miałam aż tak surowego spojrzenia na własny wygląd. Przecież osobowość powinno się podkreślać przez ubiór właśnie. Wygląd jest integralną częścią nas samych i nie powinien być spychany na samo dno czy uważany za coś nieistotnego. Strojem możemy podkreślić pewne cechy naszej osobowości, profesjonalizm także:) Bezbarwność jest straszna. Bezbarwność mnie odrzuca. Szczerze mówiąc nigdy nie przyszłoby mi na myśl porzucanie ładnego wyglądu tylko dlatego, że inni mają z czymś problem. Nie ma się czym przejmować, niech sobie mówią, a Ty wyglądaj pięknie dalej!:) Poszukiwanie własnego stylu to był u mnie bardzo długi proces, który zresztą nadal trwa. Także bardzo zależy mi, żeby inni zwracali uwagę na mój charakter, nie tylko wygląd, ale wydaje mi się, że w jakiś sposób udaje mi się oddawać to, jaka jestem przez ubiór. Sporo u mnie fascynacji minimalizmem:) Mam szczerą nadzieję, że zmienisz podejście do wyglądu i znajdziesz swój styl. A co do inspiracji, pewnie słyszałaś o czymś takim jak "francuski styl/szyk" (nie cierpię tego terminu!), czytając Twój wpis pomyślałam, że to mogłoby być coś dla Ciebie, bo zakłada dbanie o swój wizerunek i uwypuklanie charakteru poprzez wygląd, bez przesadnego strojenia się. Inspiracje np tutaj: http://theepitomeofquiet.tumblr.com/ Chętnie podam więcej linków, jeśli będziesz zainteresowana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za link z inspiracją, jestem bardzo zainteresowana! Wiesz, wydaje mi się, że już jestem trochę za stara na poszukiwanie tego mitycznego "swojego stylu"... bo już mam jakąś garderobę utworzoną i zmieniać to wszystko, byłoby rewolucją, na którą nie mam ani pieniędzy, ani czasu. Tak jak piszesz, taka całkowita bezbarwność nie jest dobra... chciałabym właśnie umieć przez sposób ubierania i detale podkreślać to, że jestem ładnie ubrana, a nie przebrana. Niestety nie znam się na tym zupełnie... i trochę mnie to zniechęca/przerasta. Moim problemem jest to, że na innych pewne rzeczy mi się straszliwie podobają, ale mam wrażenie, że albo na mnie nie będą tak spektakularnie wyglądać, albo nie uda mi się znaleźć takich rzeczy w sklepach, do których mam dostęp...

      Usuń
  5. Po tym jak wreszcie przestałam pracować w szkole, wreszcie zaczęłam ubierać się do pracy tak jak chcę, czyli niezbyt grzecznie :P

    OdpowiedzUsuń
  6. ubrania i moda to też mój problem, choć widzę i po poście i po komentarzach że ja to widzę zupełnie inaczej,
    ale dobrze że poruszyłaś ten temat - widać temat na czasie, bo trudno znaleźć złoty środek dla ubioru mody osobowości i tego jak nas ludzie "widzą" i oceniają we współczesnym świecie - fajnie poczytać o spojrzeniu na to innych.

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie, że znów poczułaś pragnienie podkreślania kobiecości :) Ja myślę, że to jest naturalne i prędzej czy później daje o sobie znać. Nic Ci nie doradzę, bo myślę, że po prostu musisz znaleźć swój styl i odkryć w czym czujesz się najlepiej. Więc pewnie czeka Cię trochę eksperymentów, a to może być niezła zabawa :)
    I wiesz co, nie przejmuj się tym, że inni ludzie postrzegają Cię przez pryzmat wyglądu. Przecież jeśli jesteś profesjonalna i kompetentna w pracy, to obronisz się na każdym spotkaniu biznesowym. W sukience czy w spodniach. Także nie daj się zwariować :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Kurczę, może nie jestem najlepszym doradcą w tej kwestii (wszak facet ze mnie :P) ale czytając wpis rzuca mi się w oczy że złoty środek nie jest jest ani w stwierdzeniu "ubieram się tak bo wszyscy się tak ubierają", ani "ubieram się tak żeby nie rzucać się w oczy". Sukienka może być za krótka dla Ciebie, albo za krótka dla innych i inną sprawą jest ubierać się np. na szaro bo ktoś tak lubi a inną dlatego, żeby wtopić się w tłum i nie wybijać się nawet na centymetr. Bo wtopić się w tłum na dłuższą metę oznacza zginąć w nim a wraz z tym ginie indywidualny styl.
    Piszesz ze zrezygnowałaś ze strojenia się, żeby inni zobaczyli prawdziwą Ciebie, a tymczasem wychodzi na to że to dalej nie prawdziwa Ty, tylko znowu sztuczne strojenie się.
    Indywidualny styl to taki, kiedy możesz powiedzieć tak chce wyglądać, w tym czuje się dobrze, a nie tak chce Kasia żebym JA wyglądała. To też nie jest albo albo. Albo krótka sukienka, albo długie spodnie. Jednego dnia to może być sukienka, szpilki i czerwona szminka, drugiego spodnie i szary sweter, a trzeciego połączenie tych dwóch. Zależnie od zachcianki, której nie trzeba nikomu tłumaczyć.

    OdpowiedzUsuń
  9. Przeczytałam wpis z prawdziwym zainteresowaniem, ponieważ i mnie ostatnio nachodziły bardzo podobne myśli. Świat w jakim obecnie żyjemy niejako próbuje, moim zdaniem, wymusić na nas konieczność codziennego, idealnego prezentowania się. Znam osobiście dziewczyny, które otwarcie przyznają, że nawet śmieci chodzą wyrzucić w pełnym makijażu ;) Moim zdaniem jednak najważniejsza w tym wszystkim jest, obecnie coraz rzadziej spotykana, umiejętność zachowania umiaru. Ludzie bardzo lubią popadać w skrajności-albo tak, albo tak, żadnego pośrodku. Jasne, że ktoś może Ci zarzucić, że dbając o wygląd zewnętrzny, próbujesz "ukryć" pustkę w głowie, co jest bardzo krzywdzącym stereotypem. Ale z drugiej strony, ktoś inny może powiedzieć, że "wtapiając się w tłum" stajesz się przeciętna i przestajesz się wyróżniać. Tak więc ludziom nie dogodzisz ;) Tak naprawdę, moim zdaniem, najważniejsze jest jak Ty się czujesz w danym stroju, bo skoro Ty sama czujesz się w nim dobrze, to co Cię obchodzi zdanie innych? Głowa do góry i nie zatrać swojego własnego stylu, bo dość już mamy przeciętniaków na tym świecie :>

    OdpowiedzUsuń
  10. podpisuję się obiema rękoma i nogami!!!! mam dokładnie tak samo jak Ty. z tym, że pracuję w markecie, gdzie strój mam z góry narzucony, więc tym bardziej olewam to w czym idę do pracy, bo to tylko tyle co przejść 5m z parkingu do szatni, a zazwyczaj jadę już przebrana aby nie tracić czasu, a w domu to przecież jestem w domu... może czas coś zmienić? w domu mężowi też można by było się znów podobać

    pozdrawiam
    http://cynamonowalatte.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Najważniejsze jest to, żeby czuć się dobrze i się sobie podobać w tym, co się nosi. A na pewno nie przejmować się sprawami typu 'co inni pomyślą' . Drobna zmiana nie zaszkodzi, a być może przypadnie Ci do gustu i na stałe zagości w codziennym, niekoniecznie bezbarwnym stroju. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja z kolei nigdy nie przykładałam wagi do wyglądu ale moje ubrania były raczej "alternatywne", przechodziłam przez wszystkie możliwe subkultury, potem przyszedł czas na dużo kolorów i bardzo precyzyjnie dobranych dodatków. Nie liczyło się czy wyglądam łądnie ale czy to wszystko zgrywa się w całość, czy pasuje do mojego starannie wypracowanego image'u. Ostatnimi czasy wszystko się zmienia, powoli odchodzę od kolorowych włosów, staram się zadbać o paznokcie i nawet zaczęłam się malować, żeby wyglądać ładnie. Zauważyłam, że taka sztucznie napompowana pewność siebie i poczucie własnej wartości (może nie sztucznie ale płytko bo tylko na podstawie rzucanych przez obcych i mniej obcych komplementów) daje mi bardzo dużo, o wiele więcej niż się spodziewałam. A nadla jestem sobą bo przecież wyznacnzikiem mojego stylu i wizerunku nie są tylko ciuszki i make-up. To kwestia poruszania się, mółienia, upinania włosów, nawet najmniejszych dodatków ;) Wydaje mi się, że trochę się ukształtowałam pod tym względem. Pozdrawiam! Bo tak w ogóle to dawno mnie u Ciebie nie było ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedyś miałam bardzo podobnie jak Ty. Lubiłam wyglądać szykownie, przywiązywać uwagę do tego, czy kolor szalika nie gryzie się z rękawiczkami, czy elegancka koszulka pasuje do sportowej bluzy,aż wreszcie, czy trampki są odpowiednim obuwiem do płaszcza itd. Musiało upłynąć naprawdę sporo czasu, zaczym zdałam sobie sprawę, że to kurcze moje życie i ja decyduję w jakie ubrania wskakuję i choć dla innych to połączenie może wydawać się totalnie abstrakcyjne dla mnie jest po prostu tym, w czym czuje się dobrze. Mało tego od jakiegoś czasu zaczęłam specjalnie, trochę wbrew innym, a trochę by pokazać mój bunt nosić zuoełnie dziwne i nieprzyzwoite rzeczy. Nieprzyzwoite w takim znaczeniu, że nikt nie odważyłby się publicznie w czymś takim zastąpić. Szerokie swetry w renifery, bałwanki, postacie Disneya itd. Przyciągam uwagę, ale nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia. Przełamałam się i jestem z tego nad wyraz dumna. Kiedy ktoś powie: ''Co tak wystroiłaś się jak Stróż na Boże Ciało?'' odpowiem mu, odpyskuję, że tak lubię, tak czuję sie dobrze i pójdę z wysoko podniesioną głową. Jak się okazuje w modzie również przydaje się bycie asertywnym, choć wiele osób tego nie dostrzega. Nie ma się czym przejmować! :) Mój Boże, jak byłoby nudno, gdyby każda z kobiet przed wyjściem do pracy, do clubu, do kina rozpaczliwie szukała porad na blogach szafiarskich, bo nie wie w co ma się ubrać. Dla mnie to urocze, gdy kobieta decyduje się na własny ubiór, gdy kombinuje, wygląda czasem nad wyraz dziwnie, ale jes to JEJ. Jej własny styl, jej własny zadarty nos na przekór wszystkim modowym nowinkom.

    OdpowiedzUsuń
  14. Też walczę ze sobą, z ograniczeniami. Bo pomimo, że lubię nosić sukienki nie robię tego na codzień. Bo pytają co to za okazja itp. Ale powoli się przełamuję i raz w tygodniu zakładam sukienkę chociażby na uczelnię, ot tak bez okazji.

    OdpowiedzUsuń
  15. Oj szpilek to już od dawna nie noszę - to jest niedobre dla ciała i dla mojego samopoczucia też, wolę stać mocno na ziemi :) i też mam prawie same basicowe ciuchy, bo najprościej je łączyć, ale to nie znaczy że musi to jakoś nudno wyglądać. Wyszłam z założenia, że jeśli są proste, to niech chociaż będą kolorowe, do tego jakaś pojedyncza ozdoba i fajny ubiór gotowy, a nie ma właśnie takiego strojenia się, jakbym szła na pokaz mody. Jeśłi lubisz proste ciuchy to poszukaj dodatków, zainwestuj w dobre buty, jakąś chustkę wielką czy szal, upnij jakoś inaczej włosy, no i wiadomo że sukienka, nawet prosta dzianinowa, założona nawet do trampek czy glanów, to sukienka i jest +10 do stylu:) A ludzie pytają o okazję, jak się wygląda inaczej, ale jeśli się wygląda tak cały czas, to pytać przestają, ja kiedyś otrzymywałam zaskoczone spojrzenia jak założyłam jakąkolwiek spódnicę, a przecież to jest absurd, więc naprawdę ludźmi to się nie ma co sugerować:]

    OdpowiedzUsuń
  16. Miałam podobny kompleks do niedawna - z jednej strony nie chciałam się wyróżniać, dokładnie jak to ujęłaś, bo np. na uczelni ktoś pomyśli, że miała kiedy pomalować paznokcie, ale już zabrakło jej czasu na przygotowanie się na zajęcia :) A przecież tak naprawdę niekoniecznie ludzie myślą to, co my myślimy, że myślą... i tak naprawdę nie powinno nas obchodzić, co myślą, trzeba robić swoje, szukać siebie. Raz jest dzień na wyciągnięty sweter, raz jest dzień-święto - okazja na sukienkę. Ale z tą kobiecością, przechodząc do sedna sprawy, to niestety wydaje się, że - przynajmniej tak jest w moim wypadku - jak się znajdzie kogoś, komu chce się podobać, to naprawdę nieistotne jest to, co inni o tym myślą :) Takie życie :)

    Uśmiechy,
    cukierek

    OdpowiedzUsuń
  17. Miałam tak do niedawna. A teraz wróciłam na studia, zaczęłam zastanawiać się nad sobą i nad tym, jak odbierają mnie inni. I stwierdziłam, że kurczę, źle się czuję z tym jak wyglądam. Tylko że problem jest jeszcze inny - jesienią i zimą nie bardzo mogę wyrazić swoją osobowość poprzez strój. Nigdy nie podobały mi się żadne swetry, płaszcze czy inne typowo ciepłe ubrania. Ja kocham sukienki, spódniczki, bluzki na ramiączkach. I to w jasnych, neonowych wręcz kolorach - a znajdź takie w sklepie w grudniu... I tak dochodzimy do momentu, kiedy poszaleć mogę tylko z paznokciami - te mam zawsze pomalowane na dwa kontrastujące ze sobą kolory. Kolorowe włosy? Już niedługo się pojawią. I nie przejmuję się tym, że ktoś mi coś powie - niech gadają. Moje życie, ja się mam czuć dobrze. A jeśli ktoś mnie lubi/kocha, to nie przestanie tego robić nawet jak w czerwcu będę kolorowa jak Teletubiś i świecąca jak choinka.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że jesteś tutaj. Będzie mi miło, kiedy dorzucisz coś od siebie.
Każdy komentarz jest dla mnie bardzo ważny!