
Nie umiem sobie radzić ze zmianami w życiu. Wiem, że kiedy przyjdzie starość, pojawią się zmarszczki i zwiotczała skóra - będzie to dla mnie trudne. Być może to dlatego, że zbyt dużą wagę przykładam do mojego wyglądu zewnętrznego. Ciągłej walki o mniejszy obwód w biodrach, ładnie wyeksponowany biust stanikiem z niebotycznym wypełnieniem, obcisłymi ubraniami, wysokimi obcasami i czerwoną szminką, w której czuję się, jakbym prosiła o pieniądze. Kto mnie oszukał, że to uczyni ze mnie
piękną kobietę? Czasem, idąc na imprezę, czuję się
po prostu przebrana. Mózg podpowiada mi, że powinnam się czuć pięknie, bo przecież mam te wszystkie atrybuty piękna. Dziesięciocentymetrowe szpilki, krótką sukienkę, push-up, gołe plecy. Ale to tak nie działa.
W obcasach się niewygodnie tańczy, szminka zaraz będzie migrować po mojej twarzy, a krótką sukienkę będę musiała co chwilę obciągać i przez to ani na chwilę nie poczuję się komfortowo w tańcu.
Po co mi ta cała otoczka i próba upodobnienia się do "propozycji imprezowych" podpatrzonych w jakimś Joy'u czy innym Cosmopolitanie w czekaniu na jakieś zajęcia fitness? Po co chcę wystawić siebie na tacy, krzyczeć o zauważenie, walczyć o aprobatę kogoś, na kogo zdaniu mi nie zależy? Do klubów nie chodzę, bo zawsze jak szłam tam z koleżankami, czułam się jak zwierzyna. I sama zachowywałam się jak ta zwierzyna, bo ktoś kiedyś wtłoczył mi do głowy, że najlepiej się będę bawić w świetnych ciuchach i wysokich butach. Wcale nie chciałam być "upolowana", ale dałam się wtłoczyć w dyktat miejsca. Mocny makijaż, odlotowe ciuchy, wysokie szpilki. Nawet jeśli ktoś mnie chciał "wyrwać", to uciekałam. Nie chciałam nawiązywać znajomości w klubach, bo każda wizyta w toalecie gdzie jakaś para uprawiała seks w toalecie, uświadamiała mnie po co takie znajomości są. Więc po co tam chodziłam? Bo dałam się oszukać, że szalone studentki tak się bawią. I znowu to nie byłam ja.
Teraz kiedy wybieram się na imprezę, najlepiej czuję się w tenisówkach, legginsach i jakiejś tunice. Włosy koniecznie związane, żeby nie przeszkadzały, a makijaż nieważny, bo i tak spłynie. A najbardziej liczy się to, że tańczę to, co lubię. I że tańczę z nim. Wtedy czuję się pięknie. I to piękno bierze się stąd, że to są te chwile, kiedy czuję się wspaniale sama ze sobą.
Piękno jest bardzo śliskim tematem.
A to dlatego, że poruszamy się pomiędzy tym idealnym-duchowym aspektem piękna (lubię to, jaka jestem) i atrakcyjnością seksualną (jestem gorącym kąskiem, każdy ma na mnie ochotę).
Za atrakcyjnością seksualną kryją się dwie rzeczy:
- atawizmy
- wizerunek kreowany przez media
Ewolucyjnie zrozumiałe jest, że wszystkich ciągnie do atrakcyjnych fizycznie ludzi. Piękny biologicznie osobnik, to ten, który jest zdrowy, ma silne geny, jest dobrym kandydatem (kandydatką) do przedłużenia gatunku. Wielu naukowców próbowało wyjaśnić dlaczego dla mężczyzn kobiece piersi* są tak atrakcyjne - jedna z teorii mówi, że twarz, usta, dłonie w pobliżu ciepłej kobiecej piersi przywołują błogie wspomnienie z dzieciństwa - bliskość matczynej karmiącej nas piersi. Niesie ze sobą relaks, spokój, ciepło, wyciszenie. Inne mówią o tym, że piersi, to znak seksualnej dojrzałości i gotowości na rozmnażanie, a jeszcze inne twierdzą, że piersi wykształciły się w procesie ewolucji, żeby mężczyźni zwrócili uwagę na "przód" kobiety i chcieli uprawiać seks twarzami do siebie. Kiedy ludzie zaczęli chodzić na dwóch nogach, z przodu kobiety nie miały atrybutów seksualnych, podczas gdy w postawie czworonożnej najważniejszym atrybutem były pośladki. Niemniej pamiętajmy, że to tylko echo sprzed tysięcy lat, a bycie człowiekiem do czegoś zobowiązuje.

Współczesny
wizerunek kobiety w mediach jest adresowany bezpośrednio do mężczyzn. Być może dlatego, że na nich najprościej zadziała mechanizm bodziec-reakcja, najłatwiej jest odnosić się do najsilniejszych, pierwotnych instynktów, jakim jest rozmnażanie. Kiedyś faceci mieli okazję zobaczyć podniecającą seksualnie kobietę tylko w swoim łóżku lub w pisemkach dla panów. Dziś jest to możliwe wszędzie - nie tylko w miejscach imprez i na ulicy, ale również w gazecie, telewizji, reklamie hamburgera, reklamie samochodu, na billboardach, w gazetkach reklamowych, w sklepach odzieżowych, na co trzeciej stronie w Internecie czy na ulotkach. Wszędzie. Wszystkie panie są podane w niebywale atrakcyjny i apetyczny sposób - wymyślone ciała, wymyślone okoliczności. Najlepiej sprzedają się hasła reklamowe zawierające podteksty seksualne, a najlepiej klikają się w Internecie tytuły, które nimi ociekają. Ostry makijaż, idealna sylwetka, duże odsłonięte piersi... nie ma rady. Zawsze działa, a nawet jeśli nie działa, to przyciąga uwagę. Są pożądane. Przekazy pośrednio adresowane są również do kobiet. Bo my również chcemy ruszać facetów i chcemy być pożądane. Dążymy do niedoścignionego ideału, po to, żeby być lepsze od kobiet, które nie istnieją. Które są chorym wymysłem grafika. Może przez to jesteśmy chore na perfekcję? Kiedyś pokazanie kolana było bardzo odważne... a dziś? My, kobiety, co jeszcze mamy pokazać, żeby podkręcić facetów bardziej, niż panie z telewizji czy filmów dla dorosłych? Musimy być oczywiście najbardziej wyzwolone jak tylko się da, a w łóżku musimy robić wszystko, co im się zamarzy. Sięgnę po kolejne badania - dowodzą one, że ten od lat utrwalany wizerunek kobiet w mediach wywołuje u mężczyzn zmniejszone zadowolenie ze związku z obecną partnerką, mniejsze zaangażowanie w związek, instrumentalne traktowanie kobiet i akceptację przemocy.
KŁAMSTWO WSPÓŁCZESNOŚCI
Myślę, że współczesna kultura (zwłaszcza komercyjna) bardzo się zagalopowała. Wszystko musi mieć olśniewające opakowanie. Nie dość, że po wybiegach paradują aniołki VS, które mają idealne ciała, to Photoshop przychodzi z pomocą i może poprawić nawet coś, co nie wymaga poprawek. Wraz z rozwojem techniki brniemy w życie w kłamstwie. Potrawy w kartach dań są fotografowane w studiu, z odpowiednim oświetleniem, podrasowywane w programach graficznych. Produkty przedstawiane na opakowaniach bardzo różnią się od tego, co znajduje się w środku. Nawet warzywa modyfikuje się genetycznie, żeby były bardziej dorodne, a potem jeszcze podkręca kontrast w gazetce reklamowej. Wszystko po to, żeby sprzedać produkt.
Ale czy my jesteśmy produktem? Czy nas i naszą kobiecość mamy sprzedawać?
Mam wrażenie, że nasz świat robi nas w balona.