
Wiele nasłuchałam się o momencie przekraczania tej magicznej trzydziestki. Że już zaczyna się starość, trzeba zacząć być poważnym i ogarniętym życiowo, coś bezpowrotnie przepada, a ty już nie jesteś tym człowiekiem, którym byłeś przed tą okrągłą rocznicą. Budzisz się i wiesz wszystko. A ja Wam powiem coś bardzo dziwnego. Chyba od bycia nastolatką nie mogłam się doczekać swojej trzydziestki...
To bardzo niepopularne, co teraz napiszę, ale tak było i jest. Do trzydziestki brakuje mi jeszcze kilka dobrych lat i wcale nie czuję się przytłoczona upływającym czasem. Może zdarzy się moment, kiedy w drogerii odłożę kosmetyk Under Twenty, bo to przecież nie mój przedział, poszukam kremu powyżej 25 roku życia albo odwieszę zwiewną sukienkę w kwiatki, kiedy dojdę do wniosku, że do pracy na spotkanie z klientem już nie wypada się tak ubrać... ale ciągle czekam na tą trzydziestkę.
Odkąd byłam nastolatką lubiłam oglądać w telewizji model spełnionej kobiety trzydziestoletniej, zwłaszcza, że w moim otoczeniu i rodzinie widziałam dokładnie takie same kobiety. Zadbane, posiadające dobrą pracę, podróżujące, zakładające rodzinę. Czas przed trzydziestką był przeznaczony na ułożenie sobie wszystkiego - zdobycie wykształcenia, pracy, męża.
Trzydziestka jawiła mi się (i jawi się nadal!) jako moment stabilizacji.