Tegorocznym Sylwestrem żyło całe miasto, bo TVN sypnął kasą i na Rynku miała być wielka feta dla tych, którzy nie mieli gdzie pójść i chciało im się pomarznąć w tłumie ludzi. Okazał się wielką porażką, ale w sumie to się nie dziwię. Takie imprezy nie są dla mnie. Raz byłam na Rynku Głównym w Sylwestra i poza niesamowitym ściskiem, duszącą chmurą toksycznego dymu po fajerwerkach, oblaniem mnie trzema szampanami, jakimś nieznajomym, który się na mnie rzucił, latającymi korkami, butelkami i petardami - nie ma nic do wspominania. Kiedy zastanawialiśmy się z Brodaczem gdzie pójść, rzucały nam się w oczy oferty bali za 200 złotych, z daniami gorącymi i przepychem, na który wydawaliśmy się sobie za młodzi. Marzyła nam się zwykła domówka z przyjaciółmi. Ale życie sprawiło, że w obliczu pewnych wydarzeń, nie mieliśmy ochoty na żadne huczne świętowanie, nawet te "z braku laku". Postanowiliśmy uciec od tego wszystkiego. Zrobić sobie mały kilkudniowy reset.
I wiecie co robiłam w tegorocznego Sylwestra?
Siedziałam w domku w Beskidzie Niskim, gdzie nie było zasięgu telefonii komórkowej, ogrzewania, ani bieżącej wody...
I myślałam sobie, że już jesteśmy za starzy na takie ekscesy. Że powinien być bal, gorące dania, morze alkoholu, fajerwerki i sukienka za pół wypłaty... ale przecież to jakaś bzdura wdrukowana nam przez telewizję kolorową.
Bo było najlepiej na świecie.
Ważne jest to z kim spędzacie ten dzień.
Zarówno ten, jak i każdy inny (również w nowym roku).
Chciałabym Wam życzyć, żebyście znaleźli szczęście i motywację do spełniania celów, które Was do tego szczęścia przybliżą!
A Wy? Jak spędziliście ten dzień? Na balu, imprezie czy też skromnie w gronie najbliższych przyjaciół? Myślicie, że jest co świętować 31go grudnia? :)